RSS
czwartek, 24 września 2009
Chłopiec i glamour

 Chciałabym przywołać tekst, który napisałam niedawno z okazji wystawy Zuzy Krajewskiej i Bartka Wieczorka, prezentującej fotografie sfeminizowanych chłopców. Spojrzałam na nie przez pryzmat glamouru i pytania czy glamour jest kobiecy czy też męski i o co tu chodzi. Wedle słowników brytyjskich "glamour" jest cechą specyficznie kobiecą, więc na jakich zasadach można go wpisać w męskie ciało? Gdyż okazuje się, że można...

 

Zuzanna Krajewska/Bartek Wieczorek, Cyryl, 2008

Mężczyzna czy chłopiec, który chce wystąpić "w glamourze" musi więc zawiązać jakis rodzaj paktu z kobiecością. Jak pokazuje historia kina holywwoodzkiego oraz historia sceny muzycznej - tak się właśnie dzieje. Showbuissnes jest wyraźnie transwestycki i przesuwa granice wyobraźni masowych konsumentów. Co nowego wnosi figura drag queen i jej glamour do naszych wyobrażeń o płci?

 

Zuzanna Krajewska/Bartek Wieczorek, Bartek (My byfriend is prettier than me), 2007

Wedle Judith Butler drag queen odsyła nas do naszej własnej melancholii, czyli niedkończonej pracy żałoby (żałoby, która nie może się dokonać) z powodu odcięcia się od możliwości pożądania własnej płci. W kobiecym chłopcu opłakuję więc te wszystkie kobiety, których nigdy nie będę już pożądać. Dlatego tak przykuwa on moją uwagę, dlatego tak mnie intryguje.

 

Zuzanna Krajewska/Bartek Wieczorek, Maciek, Jadłodajnia Filozficzna, Poland, 2008

Znamienne, że na fotografiach Krajewskiej i Wieczorka w obrębie jednej płci, widzimy właśnie "tę płeć, która nie jest jedną ( w jednej)". Każdy z prezentowanych mężczyzn i chłopców jest jakby innej płci - różnice (także płci) się multiplikują i mnożą. POdważa to tradcyjny totalitaryzm genderowy, a w bohaterach zdjęć widzimy rodzaj romantycznych dysydentów istniejącego porządku. W historii poslkich sposbów pokazywania męskiego ciała jest to bardzo wywrotowe!

 

Zuzanna Krajewska/Bartek Wieczorek, Peal and Wojtek moth before leaving Warsaw for good, 2008

Zwraca uwagę też układ Krajewska/Wieczorek - który jest duetem zawodowym i prywatnym. Jego męska połowa (i jej nagość) staje się kilkakrotnie tematem przedstawienia. W ten sposób zostaje odwrócony mit Pigmaliona, który często zarządzał tradycjami kobiecego aktu w histroii (to mężczyzna stwarza kobietę i najczęściej przedmiotowy sposób widzenia jej ciała). Może dzięki temu mężczyźni na tej serii zdjęć są tak podmiotowi?...

 Więcej czytaj na stronach Obiegu - oto cały tekst.

Zuzanna Krajewska/Bartek Wieczorek, I just want to see the boy happy, BWA, Wrocław, 23.05-14.06.2009 

23:57, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 września 2009
E-Popeye Jeffa Koonsa w Serpentine Gallery

 Po wersalskim pokazie Jeffa Koonsa, godnym Króla Słońca, na jesieni ubiegłego roku w Paryżu, londyńska wystawa (która zakończyła się tydzień temu) wydaje się skromna, i powściągliwa, bardziej melancholijna. Jedno jest pewne - bez wątpienia festiwal amerykańskiego artysty w Europie trwa - po  głośnych wystawach w Berlinie i w Paryżu właśnie, pierwsza duża ekspozycja w publicznej galerii w Londynie.

 

Jeff Koons, Dogpool (Logs), 2003-08

Najlepiej zarabiający z żyjących artystów zajmuje się obsesjami współczesnego społeczeństwa jak konsumeryzm i materializm, ale także - bardziej perwersyjnie - eksponuje także takie tematy jak dzieciństwo i seksualność. Jego ciężkie rzeźby wykonane z polichromowanego aluminium do złudzenia przypominają lekkie, dziecinne, dmuchane zabawki. W Londynie zestawione są często z "porno-szykiem" obnażonego kobiecego ciała. Pseudo-dziecinna mentalność i kobieca nagość towarzyszą nam na codzień stale np. w reklamie. Udziecinnianie i manipulowanie kosumenta sprzyja skuteczności wzbudzania w nim pragnienia. Z drugiej strony dlaczego ta dziecinna pre-edypalna utopia, w której spełnienie jest możliwe a seksualny zakaz jeszcze się nie pojawia, jest taka atrakcyjna?

 

Jeff Koons, Hook, olej na płótnie, 2003

Jeff Koons, Elvis, olej na płótnie, 2003 (fragment)

Seria Popeye nawiązuje do popularnego amerykańskiego komiksu, opowiadającego dzieje porywczego kapitana o dobrym sercu Popeya i jego narzeczonej Olive Oyl (Oliwki Olejek). Komiks powstał w 1929 roku i odczytywano go jako opdowiedź na Wielki Kryzys. Na trudy i niesprawiedliwość tego okresu pokrzepieniem mogło być przesłanie Popeya, skrywające pod warstwą komiksu, wezwanie do przetrwania. Powtórka z Popeya w wersji Koonsa pobrzmiewa jakże aktualnie i dzisiaj.  

 

Jeff Koons, Popeye, olej na płótnie, 2003

 Dmuchane zabawki, które inspirują Koonsa, widzimy z reguły w "beztroskich" sytuacjach na plaży i basenie (bawią się nimi w równym stopniu dorośli i dzieci...). Tutaj ustawione są w zadziwiających konfiguracjach akrobatycznych w towarzystwie przedmiotów, które też mogą pojawić się na plaży jak metalowe kosze czy krzesła lub po prostu przedmiotów codziennego użytku. Prócz jednak Popeyowo-Koonsowej powtórki z zachęty do akrobatycznych trudów osiągnia równowagi w chwilach kryzysu (nie tylko przecież ekonomicznego), ja widzę w tym także aluzję do książki Rolanda Barthesa "Mitologie".

 

Jeff Koons, Acrobat, 2003-09

Jeff Koons, Seal Walrus (Chairs), 2003-09

 

 Jeff Koons, Dolphin, 2002

Jeff Koons, Catterpilar Ladder, 2003

Powstała ona w latach 50-tych i opowiadała o narodzinach społeczeństwa dobrobytu i masowej konsumpcji, społeczeństwa które na piedestale stawia hamburgera...I jego mitologię. Która zastępuje inne, dawne mity (wobec groźby wyparcia kultury zdominowanej postawą buntu przez kulturę  jako rozrywkę i show proponował "bunt intymny", atopię, swoisty brak miejsca wobec mieszczańskiej normy, która mistyfikacje podaje za naturę.). Dla mnie E-Popeye Koonsa w podobnym nurcie próbują tworzyć epopeję przedmiotu i jej znaczenia: przedmiot i jego nieograniczny wpływ na marzenia (jego zdolność tworzenia mitów i przywracania utopii przeszłości), konsumencki regers jako próbę przetrwania w epopeji dorosłości, poczucie melancholii i utraty, która towarzyszy materialnym wartościom, "perwersyjność" niewinnych pragnień, konserwującą radość dziecinności i czasami kiczu, która pozwala przetrwać.

Warto tu zwrócić także uwagę nie tylko na inspirację Duchampem, ale także Salvadorem Dali, którego Koons spotkał w młodości i którego uwielbia. Wąsy, ujęte fetyszystycznie jak i cytat z homara (słynny Lobster Telephone Dalego) są tego dowodem.

 

 

Jeff Koons, Moustache, 2003

Jeff Koons, Seal Walrus Trashcans, 2003

Jednak wymowa tych E-Popeyi tym razem jest inna od triumfu, który można było zobaczyć w Wersalu (zamieszczam tu kilka zdjęć z paryskiej wystawy, które nigdy jeszcze nie znalazły się w blogu). Zresztą wystawę Koonsa zdominowała wielka francuska dyskusja czy artysta sprofanował Wersal swoimi ikonami popu czy nie... Bla, bla, bla. W końcu Wersal, sam w sobie, jest uosobieniem uwznioślonego kiczu, i to także bez Koonsa... Z wielkiej narodowej debaty amerykański artysta wyszedł obronną ręką - jego wystawa okazała się triumfem sztuki współczesnej, a także triumfem sprzymierzonego z nią wersalskiego rozmachu, przekory, przesady, pomimo kryzysu...

Koons w Wersalu, Lobster, 2003

 Koons w Wersalu, Ludwik XIV, 1986

 Koons w Wersalu, Bear and Policeman, 1988,

 Koons w Wersalu, Chainlink, 2003-2008 

Koons w Wersalu, Split-Rocker 2000, 2008 (monumentalna rzeźba kwiatowa w ogrodach)

 

 Koons w Wersalu, Michael Jackson and Bubbles, 1988

Na wielkim przyjęciu Koons stanął obok Sophii Coppoli i jadł wyszukane ciasteczka wraz z Marią-Antoniną jako zepsutą kalifornijską nastolatką w wydaniu Kirsten Dunst. Tym razem jest już trochę jakby po balu - małe przebudzenie, nostalgia i wspomnienie dorodnej utopii. Szkoda tylko (tym lepiej!!!), że w sumie nie wiadomo które z tych uczuć jest lepsze?...

 

 

 Jeff Koons, Puppy (Vase), 1998, limitowana edycja 3000 sztuk (do kupienia w Serpentine Gallery za 5.290 funtów)  

Jeff Koons, Popeye Series, 2.07-13.09.2009, Serpentine Gallery, London

23:06, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 września 2009
List w butelce - Margiela Home

 Belgijski kreator osiadły w Paryżu, którego tożsamość należy rozumieć kolektywnie Martin Margiela, a właściwie Maison Martin Margiela (Dom Martin Margiela) przedstawił niedawno pierwsze propozycje swej kolekcji linii dla domu. Maison Martin Margiela to specyficzne rozumienie posłannictwa kreacji w modzie - anonimowość twórców, białe fartuchy sprzedawców, biała metka odznaczająca się z zewnątrz na ubraniu tylko czterem rogami białej fastrygi i odważne, kontrowersyjne, de-konstrukcyjne projekty (więcej?...odsyłam do jednego  i drugiego z dawnych postów). Atmosferę i "domową" filozofię marki ( bo bez wątpienia jest to dom archetypalny, filozoficzny lub poetycki) oddaje wystrój jej butików, jak na przykład tego w Brukseli:

 wnętrze butiku Maison Martin Margiela w Brukseli

 wnętrze butiku Maison Martin Margiela w Brukseli

 wnętrze butiku Maison Martin Margiela w Brukseli

 Okno Maison Martin Margiela w Brukseli z napisem *Metka całkiem biała

 

 Wystawa Maison Martin Margiela w Brukseli z cytatem "Sny to klucze do wyjścia z samych siebie"....

 Margiela Home zaś to przestrzeń czysta i jasna, ale nasycona emocjami, skojarzeniami, grą pamięci i formy, wyobrażeniami z przyszłości i wspomnieniami z dzieciństwa... 

 Margiela Home w Mediolanie w kwietniu 2009

 Kto z nas nie fantazjował nigdy o lampie z butelki?

 

 Margiela Home w Mediolanie w kwietniu 2009

Czy można napić się światła, czy napój (woda, wino?) może oświecać? Czy jestem samotna czy tylko spóźniona i który to rocznik (butelki?)? Walizki pełne białych kartek, tak jak nie wysłane listy. Kartki zakorkowane na zawsze w butelkach. Zapalam światło i zapominam. Ale gdy gaszę, czytem te listy... Odpalam je jak świece, za pamięć. Nie próbuję rozumieć, choć może jedno jest pewne. Przez moje wnętrza płynie jasna fala, rodzaj strumienia dziecinnego scala mój wczesny dom i moją młodość. Zwłaszcza, gdy jestem bezpieczna. Chwiejnie bezpieczna. Planuję dalej tak tęsknić, zawsze.

Margiela Home w Mediolanie w kwietniu 2009

www.myspace.com/martinmargielabruxelles.  

02:42, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 września 2009
Flâneriaa w "Przekroju"...

  Zły Chochlik drukarski naprawdę zadziałał w specyficznym momencie...:) Dowiedziałam sie ostatnio, że w jednym z lipcowych numerów "Przekroju" Flâneriaa znalazła się w zestawieniu 33 najlepszych polskich blogów!!! Zestwienie można znaleźć tutaj, a o blogu można przeczytać, co następuje:

flaneriaa.blox.pl
Wszystko, co chcecie wiedzieć o sztuce, polityce, modzie, feminizmie, a jako bonus legendarna już kolekcja „kobiet do zjedzenia”. Agata Araszkiewicz namiętnie tropi związki między kulturą, ideologią, językiem; to blog dla poszukiwaczy przygód. Intelektualnych: „Nie wiem jeszcze, czy założę tę kratkę na twarz, czy może tylko dziurawą kartkę?... Czy dzisiejsze usta będą do mnie pasowały? A może ubiorę się tylko w czwartą nogę lub założę sam nos? Pytanie, czy nie będzie mi zimno... Chcę widzieć siebie tak, jak widzę świat – tak wiele elementów z pozoru różnych, nie wiedząc o tym, do siebie pasuje”.

 

Pozostaje mi chyba tylko podziękować za zaufaniei cierpliwość tym, którzy nie zniechęcili się przerwą!!!...:))))

 

ps. Dziękuję Dominikowi Fórmanowiczowi z nowopowstającego poznańskiego pisma TAKEME (premiera w Empikach 12.10) za zwrócenie mi uwagi na zestawienie "Przekroju" :).

20:48, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 września 2009
Baumgart w Knokke

 Niestety z przykrością musze stwierdzić, że CHOCHLIK DRUKARSKI bardzo zły w dodatku nie opublikował przed dwoma miesiącami, postu o dwmiesięcznej przerwie wakacyjnej, którą zamierzałam zamierzyć!!! :(

Moi Drodzy, zostaliście więc opuszczeni na ten okres, a nie uprzedzeni o zwykłej, choć bardzo długiej przerwie... Błąd spostrzegłam ostatnio i zrobiło mi się bardzo przykro, przepraszam.

Wakacje były dłuuugie między Moskwą, Bałtykiem a Knokke tym razem i właśnie chciałam zaproponować sympatyczny akcent z Knokke. To belgijskie Saint Tropez i Hamptons w jednym, przypomina obie miejscowości czy to stylem, czy to funkcją. I oto w środku sezonu sierpniowego na głównym deptaku, wśród luksusowych sklepów, widzę znajomą sylwetkę...:

 Anna Baumgart, bez tytułu, 2004

Znana belgijska Galeria Adriana Davida, który posiada w swych zbiorach klasyków XX-wiecznej awangardy, w pełni sezonu postanowiła promować w swej witrynie pracę Anny Baumgart!!!

 

Na dodatek towarzyszy jej objaśniająca kartka u dołu rzeźby i obok na szybie, tak, że nie można jej przeoczyć. Adrian David jest specyficzną osobowością. Często przesiaduje w swej galerii sam i gawędzi z każdym, kto ogląda wystawę. Rozmawiałam z nim raz - wiedziałam, że nabył on tę pracę - okazało się, że zajmuje się on tylko rzeczami, które osobiście go pasjonują i poruszają. Jego stosunek do sztuki jest bezpośredni i emocjonalny, o pracach artystów opowiada jak o osobach, które prezentują dany problem. Sztuka przy nim jest ożywiona, spersonalizowana.

  

I widać coś z tego w sposobie pokazania mocnej pracy Baumgart. Jej wojownik w masce szczura i sportowej spódniczce zestawiony z okrutnym zdjęciem z Guantanamo i to w obliczu pełnego lata (sezon w Knokke tym razem więcej niż udany!) niepokoi i perturbuje. Świat dzieli się co najmniej na trzy części - jedna to luksusowy kurort, rodzaj bogatego raju, druga to przestzrenie poza prawem, poddane przemocy jak więzienia, obszary nędzy i beznadziei. I jest część trzecia - ta, która do niczego nie przynależy, fluktuuje, pyta, kwestionuje, zderza przeciwieństwa, próbuje wypowiadać nieuniknione, nazywać to, co wyparte. Sztuka, myśl, czasami spojrzenie...

Galerie Ardian David,Kunstlaan 335, Knokke Zoute, Belgium

http://www.galerieadriandavid.be/de/contact/

 

23:01, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 lipca 2009
Althamer i Afryka - mail od Olgi Stanisławskiej

  Pragnę przytoczyć niezywkle ciekawego maila, jakiego dostałam z Paryża od Olgi Stanisławskiej 29 czerwca na temat postu Złoty dzień w Brukseli:

O zlotej ekspedycji wszystko bylo bardzo ciekawe! Nie podoba mi się jedynie zdanie: „podróż inicjacyjna do Mali, gdzie artysta odwiedził prymitywne plemię, podające się za przybyłe z kosmosu.”

Bardzo się cieszę, że Althamer, którego bardzo cenię, pojechał do Mali, i że jego podróż przyczyniła się do poszerzenia sfer, z których czerpie polska sztuka i wyobraźnia. Szkoda, żeby funkcjonowała w polskiej krytyce w sposób, który jedynie utwierdza stereotypy rodem, z Arkadego Fiedlera.... ! Prawda jest taka, że niektóre słowa działają na mnie źle... Problematyka feministyczna i postkolonialna mają, jak wiadomo, bardzo wiele wspólnego. O ile jednak problematyka feministyczna w Polsce ma się, między innymi dzięki Tobie, znacznie lepiej, o tyle na gruncie problematyki postkolonialnej jest jeszcze wiele do zrobienia. Dawny język mówi nami, i pewne rzeczy wciąż są w ususie...

 1.      Słowo „plemię”. To egzotyzujące słowo wyszło z użycia w każdym dyskursie poza Polską i poza „National Geographic”, które żyje z fantazmów egzotyzujacych Innych. W tym egzotyzującym dyskursie, my mamy grupy etniczne, a oni mają plemiona.(Podobnie gdy tłumaczy się w „Problemach z kulturą” Jamesa Clifforda „Indian languages” jako „indiańskie narzecza”. A czemu nie języki? My mamy języki, a oni mają narzecza? Z jakiej racji? Okazuje się, że polski usus wciąż tutaj włada...). Załączam fragment ze wstępu do książki Jeana Hatzfelda o Rwandzie, który właśnie napisałam dla Wydawnictwa Czarne. Wszędzie, gdzie Hatzfeld pisze „groupe ethnique”, tłumacz dał „plemię”. Zostało to zmienione dopiero po moich postulatach... Ale poczułam, że sprawa jest ważna i nawiązałam do problemu słownictwa we wstępie. Słowa nie są moralnie neutralne. Określenie „plemię”, dawno zarzucone przez antropologów, powraca nadal w Polsce, gdy mowa o Hutu i Tutsich, choć nie użylibyśmy go na przykład w odniesieniu do Basków czy Walijczyków. To jedno słowo wystarczy, by zepchnąć dyskusję z terenu polityki, zarezerwowanego dla dzisiejszego Zachodu, zamieszkanego przez różne grupy etniczne, na teren tradycyjnej antropologii, zarezerwowany dla „prymitywnych” obszarów świata, zamieszkiwanych właśnie przez „plemiona”. Otwiera się sematyczna pułapka, która nie pozwala nam dostrzec współczesności ruandyjskiego konfliktu, jego wpisania w naszą wspólną rzeczywistość.

Egzotyzacja Innego przez słowo „plemię” neguje podobieństwo między Nami, a Nimi i stawia ich na jakiejś innej płaszczyźnie.  Wiemy, że jest z tym moralny problem – to negowanie podobieństwa, wprowadzanie różnicy w języku, jest pierwszym krokiem do wszelkich kolejnych nadużyć, od zaniedbania solidarności, po rozmaite rasizmy i wszystko inne...: Odwoływanie się do kulturowych stereotypów i posługiwanie egzotycyzującym słownictwem, gdy mowa o terenach poza zachodem Europy, nie jest bez konsewencji. Pisząc o „atawistycznych nienawiściach etnicznych“, dziennikarze zwalniali się z obowiązku wyjaśnienia politycznych i ekonomicznych mechanizmów wojny, która toczyła się w Bośni. Zwalniali jednocześnie swoich czytelników z obowiązku rozliczenia własnych polityków z tego, co zrobili, by zapobiec masakrom. Wojna w Bośni toczyła się o trzy godziny lotu samolotem od Paryża, Londynu czy Warszawy, a jednak zepchnięto ją w inną czasoprzestrzeń – w obcy nam z definicji świat, rządzony obcą nam, „atawistyczną”, a więc z zasady niezrozumiałą logiką. W wojnie o bogactwa naturalne wschodniego Konga, która już po ruandyjskiej tragedii zdążyła pochłonąć pięć milionów ofiar, jedną z głównych stawek jest koltan, niezbędny do produkcji telefonów komórkowych. Etykietka kolejnej „rzezi plemiennej” w Afryce pozwala jednak zachodniej opinii publicznej przymknąć oczy na manipulacje zachodnich korporacji i na milczącą zgodę zachodnich polityków. Wzdychając nad „afrykańskimi ludobójstwami”, kolejni francuscy prezydenci bagatelizują potrzebę dyskusji o roli, jaką Francja odegrała w Ruandzie.

 2.      Słowo „prymitywne”. Nie ma grup etnicznych bardziej « prymitywnych » od innych. Co właściwie miałoby oznaczać to deprecjonujące, stygmatyzujące, i w istocie przemocowe  słowo...? Taka hierarchizująca kategoryzacja została zarzucona przez antropologów w latach 30. XX wieku, ponieważ nie dawała się obronić nie tylko moralnie, ale przede wszystkim naukowo. Nie wierzymy już  przecież w „postęp” ludzkości przebiegający liniowo. Społeczeństwa, które nie rozwinęły zachodniej techniki, szły po prostu innymi drogami – to, że to my okazaliśmy się najbardziej przebojowi, nie oznacza, że mieliśmy rację i nasze strategie podejścia do życia są najlepsze. Może się niestety wkrótce okazać, że na dłuższą metę wprost przeciwnie. Nie jesteśmy szczęśliwsi niż inni, za to zatruwamy planetę wszystkim.

Po tsunami BBC napisało „prymitywne plemiona” o mieszkańcach Andamanów na Oceanie Spokojnym, którzy są jedną z ostatnich grup ludzkich odmawiających kontaktu z resztą naszej cudownej ludzkości. Andamańczycy strzelali z łuków do helikopterów, które chciały im przywieźć pomoc, co rzeczywiście może się wydać dowodem wyjątkowej prymitywności. Przeciwnie jednak, to efektywna strategia, która przyniosła oczekiwany skutek – helikoptery zawróciły. Andamańczycy nie chcą pomocy, bo nie chcą kontaktu. Jeśli któregoś dnia dadzą się skusić, rząd Indii wybuduje na ich wyspach hotele, a oni, jako mniej przyuczeni do podawania drinków na tacy, i ogólnie pogardzani, zapewne wylądują w slumsach. Pomocy po tsunami nie potrzebowali, ponieważ jako jedyni na nim nie ucierpieli – potrafili rozpoznać jego zbliżanie i ewakuować na wyżej położone rejony.

BBC napisało „prymitywne plemiona” (moim zdaniem bardzo niesłusznie) o Andamańczykach, ponieważ stanowią rzadki przykład ludzi żyjących bez kontaktu z resztą ludzkości. Nie ma więc obawy, że przeczytają w gazecie to określenie, i zaprotestują.... Ani BBC, ani nikt, nie napisałby na przykład o australijskich Aborygenach „prymitywne plemiona”, bo musiałby się trzy razy zastanowić, co pisze. Po pierwsze dlatego, że wiemy już, na jakim poziomie sofistykacji są ich opowieści przestrzenno-czasowe, a po drugie dlatego, że wiemy, do czego doprowadził – właśnie na przykład w Australii - taki język deprecjonujący Innego. Język, jak już wiadomo, moralnie skompromitowany.

To kryterium„możliwości przeczytania, co się o nas pisze i zaprotestowania” jest zresztą bardzo ciekawy – to jest pytanie o to, jak układa się władza nad sferą publicznego dyskursu, kto ma do niej dostęp, a kto jest z niej wyłączony... Nota bene, nawet jeśli wrócilibyśmy do hierarchizacji, i uznali, że istnieją na świecie jakieś „prymitywne plemiona”, Dogoni, bo o nich mowa w przypadku Althamera, na pewno do nich nie należą – inaczej z definicji każda grupa etniczna w Afryce byłaby w istocie „prymitywnym plemieniem”. Każdy bankowiec z Dakaru, nauczyciel z Nairobi, czy krawcowa z kameruńskiej prowincji byłaby wtedy członkiem jakiegoś „prymitywnego plemienia”.

Dogoni uczestniczą w życiu miejskim, mają pisarzy, ministrów, lekarzy (nawet jednego znam). Miałam przyjaciółkę Dogonkę, z którą mieszkałam dwa miesiące w jednym domu w Bamako, nazywała się Fatim Guindo i była pielęgniarką. Byłam też w rozmaitych dogońskich wsiach, i przysięgam, że nic „prymitywnego” nie widziałam, chyba, że mowa o biedzie, która owszem, w porównaniu z życiem w Europie, jest znaczna. Tutaj kolejny pies pogrzebany – w Polsce ten język się utrzymuje bardziej niż gdzie indziej, może dlatego, że ludzie nie mają kontaktów przyjacielskich i zawodowych, które pozwalają im zrozumieć nieadekwatność i niesympatyczność używanego przez nich języka. A jeśli jakichś Afrykanów czy Aborygenów czy kogoś tam znają, to być może uznają ich za wyjątek, albo niechcąco w głębi duszy nie przestają patrzeć na nich z góry, w europocentryczny, egzotyzujący sposób. Zamiast patrzec na nich jak na normalnych ludzi.

Proponuję zatem co innego: „grupę etniczną” (każdy z nas jest członkiem takiej czy innej), albo od biedy, w trochę innym polu semantycznym, „mniejszość”. Podejrzewam, że „prymitywne plemię” w ustach Szabłowskiego to coś, co można by ująć chyba po prostu jako „grupa etniczna przywiązana do swojej tradycji” albo „żyjąca na sposób tradycyjny”, albo „pielęgnująca swoją kulturę”...

Już na marginesie:

  3. Wątek kosmiczny – Dogoni nie uważali się nigdy za przybyłych z kosmosu. Europejska antropologia jest zafascynowana faktem, że posiadają dobrą znajomość nocnego nieba i wiedzą o budowie niektórych gwiazd rzeczy, które są widoczne tylko przez teleskop. Na tej podstawie różni autorzy (jak Daniken) wymyślili, że musieli im to powiedzieć  kosmici. Kosmici to jednak fantazmat rodem z naszej bajki, nie ich, i jeśli świadczy o czyjejś wybujałej fantazji, to naszej. Sprawa nie jest wyjaśniona, bo też nikt na prawdę nie wie, co Dogoni naprawdę wiedzą, a czego nie wiedzą, ale  wytłumaczenie bardziej prawdopodobne, to że być może przed kilkoma wiekami mieli kontakt z jakimś europejskim uczonym.

 Nie wierzę, by Althamer sądzil po swojej podrozy, ze Dogoni uwazają się za przybyłych z kosmosu.

 Mit Dogonów to zresztą ciekawy fenomen. Istotnie, Dogoni posiadają kulturę, która jest bardzo interesująca dla antropologów Zachodu, i są do niej stosunkowo bardziej przywiązani, niż ich różni sąsiedzi. Marcel Griaule, który ja badał w latach 30, sam jednak ją niejako zmitologizował, otaczając nimbem wyjątkowości. Wielu rzeczy, które pisał o Dogonach, nie potwierdziły jednak późniejsze badania. Możliwe, że był to po prostu owoc wyobraźni jego informatora, którego opowieści zaliczyć by trzeba wtedy było do literatury, a nie do etnologicznego swiadectwa. Możliwe też, ża sam wiele rzeczy upiększał. Tak czy owak, między innymi dzięki pismom Griaule’a (ale też bardzo efektownej architekturze) Dogoni otoczeni są w oczach Zachodu (i mas zachodnich turystów!) specjalną aurą.

Większość ludzi, która podróżuje w tamte rejony (nie mówię tu o Althamerze!) żywi się właśnie tą aurą. Żywy kontakt z kulturą dogońską jest udziałem bardzo nielicznych z nich, z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę. Po pierwsze, Dogoni nie otwierają się na obcych chętnie, dzięki czemu zresztą własnie zachowali wiele tradycji. Po drugie, jak wiele innych mniejszości na świecie, które stały się obiektem „konsumpcji” turystów,  stworzyli w dużej mierze fasadę zastępczą na ich użytek, która pozwala im jednocześnie zaspokoić potrzeby turystów, nie dopuszczając ich do bardziej intymnej sfery...

4. O podróży inicjacyjnej... jest w tym wyrażeniu pewna gra na podwójnym znaczeniu.

Jestem pewna, że Althamerowi udało się zejść ze ścieżek wydeptanych przez turystów, którzy odwiedzają wsie dogońskie, i nawiązać realny kontakt. Nie wątpię, że podróż Althamera była niezwykle ważna, pasjonująca, wzbogacająca, przełomowa. W tym metaforycznym sensie była na pewno dla niego podróżą inicjacyjną (nawet jeśli Althamer nie przeszedł inicjacji dogońskiej sensu stricte, czego nie wiem, ale co wydaje mi się mało prawdopodobne).

W zbitku z „prymitywnym plemieniem” określenie „podróż inicjacyjna” nabiera jednak jakby nieco tandetnego charakteru, jakby nie odzwierciedlało rzeczywistości, tylko było niesione rozpędem przez język, i było automatycznym skojarzeniem, które wynika z europejskich fantazmatów, i te fantazmaty utwierdza. Nie czuję tu przemyślenia sprawy, czuję wpływ „Tintin au Congo”...

Swoja droga, ciekawa jestem, jakim jezykiem mowi o tym sam Althamer...

 

Tak, to prawda - język nami mówi, często bezmyślnie. Olga napisała nie tyle maila, co tekst (piękny i namiętny), wart zacytowania. I przemyślenia!

 

02:22, agata_araszkiewicz
Link Komentarze (2) »
niedziela, 14 czerwca 2009
Wielka noc

  Już czas najwyższy wspomnieć o nowej wersji mojej gablotki w w warszawskim Saturatorze - tym bardziej, że powstała ona przy okazji ostatniego pobytu w Polsce, który przypadał na święta Wielkanocy...Tak, tak, było to tak dawno...I już wypada o tym nadmienić nareszcie.

Wielka noc - sosnowa gablotka, parasolka Burberry, czarnobiałe i kolorowe reprodukcje, kieliszki, buciki dziecięce

Okazja świąt narzucała się sama, ale tym razem gablotka ma także swoje odniesienie do tekstu mojego felietonu w "Czasie Kultury", który wówczas się ukazał. Numer pisma poświęcony był "Krytptoteologii" i miał, zgodnie z okolicznościami, Chrystusa frasobliwego na okładce. Zgodnie z okolicznościami postanowiłam więc wypowiedzieć się na temat teologii feministycznej, a tekst przewrotnie zatytułowałam "W imię Matki i Córki"... 

To jest coś więcej niż feministyczny żart, ale można wysunąć taką hipotezę, gdyby przyjrzeć się bliżej symbolice świąt Wielkanocy i Zmartwychwstania, że naśladuje ona, mimetyzuje, powtarza nieznaną nam w sumie i zpechniętą do kulturowego podziemia symbolikę ciąży i porodu. Zepchniętą do podziemia właśnie dlatego, że nie znamy wzniosłej symboliki tego wydarzenia. 

W swoim tekście posługuję się odwołaniem do badań religijnych na temat religii matriarchalnych poprzez teksty literackie Oskara Wilde'a i Jana Kasprowicza. Obaj autorzy w duchu fin de siècle'u wypowiedzieli się na temat postaci Salome, a ich teksty są bardzo słynne (dramat Wilde'a i dramat oraz hymn Kasprowicza). Traktuję Salome niejako śladem ich obu - Wilde napisał swój dramat w stylizacji na bibilijną księgę "Pieśni nad pieśniami", która wedle wielu religioznawców jest pozstałością matriarchalnego kultu zmysłowej Astarte, Kasprowicz zaś sugeruje otwarcie, że Salome sprzeciwia się Janowi Chrzcicielowi, gdyż jest kapłanką Astarte. Przeciwstawia się nowej religii, opartej na tym co niewidzialne i ponadzmysłowe (odcieleśnione, odseksualnione, wymierzone tym samym przeciwko kobietom jako "zbyt"cielesnym i seksualnym - z męskiego punktu widzenia), przeciwstawia się też "symbolicznemu" matkobójstwu wobec zalotów męża swej matki Heroda i wreszcie walczy o podmiotową rolę kobiet w religii, które to, co nowe upodrzędnia. U obu atorów Salome jest heroiczną obrończynią porządku, który odchodzi brutalnie w zapomnienie, wyparty przez nowy symboliczny ład.

Co by było, gdybyśmy mówili "W imię Matki i Córki"? Brzmi to dzisiaj niezwykle abstrakcyjnie, dlatego proponuję potraktować to jako rodzaj intelektualnego eksperymentu, przewrotnej zabawy, gry wyobraźni. Tekst ilustrowany jest podobnie przewrotnymi ilustracjami świętej matki i świętej córki (która w naszych społeczeństwach nigdy nie jest przeżywana jako "boskie" dziecko, podobnie jak matka, która nie jest "święta", o ile nie jest matką syna...), pochodzącymi z książek feministycznych. Posługuję się także kadrami z jubileuszowego pokazu Jeana Paule'a Galtiera zatytułowanego "Dziewice" oraz okładką zerowego wydania pisma "Machina", która przedstawia Madonnę i jej córkę Lourdes w konwencji Matki Boskiej Częstochowskiej. Enjoy!!!:))))

Kilka egzemplarzy "Czasu Kultury" zostawiłam pod gablotką.

Jean Paul Gaultier, Dziewice, haute couture, wiosna/lato 2007

Madonna i Lourdes na okładce zerowej "Machiny"

Święta Wielkanocy symbolizują więc w pewnym sensie "wielką noc" kobiet, zepchniętych do symbolicznego podziemia na tyle tysięcy lat, podtrzymywanych w roli odwtórczej i drugorzędnej wbrew prawdziwemu znaczeniu ich naturalnych twórczych (także w sensie organicznym) zdolności.

 Podczas nieoficjalnego "otwarcia" gablotki w Wielką Sobotę odbyło się w zamkniętym Saturatorze malowanie jajek - oto efekty, które prezentuje Sarmen Beglarian (sam w konwencji "wielkiej nocy"...). 

A.Araszkiewicz, W imię Matki i Córki, "Czas Kultury" nr 1/2009 

16:03, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 czerwca 2009
Sweet to eat! Kobiety do zjedzenia c.d.

   W tym miejscu zacytuję słowa piosenki Franka Sinatry My kind of Girl: "She is sweet enough to eat, ske looks like an angel cooks"... Kariera kobiety do zjedzenia wybiega dużo dalej poza sklepy spożywcze - jest także tematem rzemiosła, przedmiotów codziennego użytku, a nawet zabawek czy piosenek. Jest trwałym toposem kultury masowej oraz często bywa używana lub - jeszcze lepiej! - prztwarzana przez sztukę. W pewnych wypadkach sztuka, jeśli nie osuwa się w stereotypową powtarzalność, ma moc przekroczenia, co staram się zawsze konsekwentnie powtarzać, ma moc subwersywnego odwrócenia znaczenia oraz wpisania buntu w odwracanie i przekształcanie toposu kobiety do zjedzenia. Jakoś trudno wyobrazić mi sobie, aby ten zabieg dotrał do opakowań spożywczych - musiała by zmienić się nasza kultura!!!

Kolejne zdjęcie autorstwa Michała Mutora dla "Wysokich Obcasów", na którym prezentuję swego czasu chorwacką zabawkę - dziewczynkę w rożku lodu...

W podobnym duchu igrający nie tyle z ogniem, co z ...lodem...poster piosenkarki Ketty Perry sfotografowany w toalecie warszawskiego klubu Saturator

A oto kontynuacja tego motywu u współczesnego artysty Mela Ramosa (widziane na ArtBrussels w tym roku) - rzeźba Chiquita Banana 2007 wykorzystuje zresztą grę słów a nazwie słynnej "marki" bananów, chiquita to wszak chyba "dziewczyna"?... 

powtarzająca ten zabieg litografia Ramosa - Korn Kween, 1997

 

Mel Ramos, Fraulein French Fries, 2002 i Banana Split, 2000 

 

 Mel Ramos, Martini Miss, rzeźba, 2008 

Mel Ramos, Lola Cola #5 (Drew Barrymore), 2005 

Mel Ramos, Dunkin Donuts (Cindy Crawford), 2006 

 

Mel Ramos, You like It, It likes you, 1994 i Velveeta, 1965 

  

Mel Ramos, Candy II - Snickers (Rebecca Romijn), 2004 i Doggie Dinah (Claudia Schiffer), 1995

 

Mel Ramos, Doublement Twins (Cindy Crawford), 2005 

Mel Ramos

Dzisiaj 75-letni artysta debiutował pół wieku temu i tworzył ruch pop artu z Royem Lichtensteinem czy Andy Warholem, motywem pin up gril zainteresował się już wtedy. Jednak zaskakujący jest obsesyjny i bez żadnego przekroczenia powrót tych tematów  latach 90-tych i obecnych, chociaż histroia sztuki się zmieniła. Mel Ramos nadal deklaruje, że "kocha kobiety", a jego prace nie są eksploatacyjne ani seksistowskie. Jednak tak jawne prównywanie kobiet od obiektów konsumpcji, bez żadnego przekroczenia, trąci dzisiaj trochę myszką. Nie wspominając o użyciu nazwisk aktorek i top modelek - obiektów masowego pożądania - nawet bez dbałości o specjalnie dokładnie oddane rysy twarzy...To także w wykonaniu podstarzałego artysty trąci trochę obciachem. Ramos to zdecydowanie "męska", stereotypowa sztuka (playboya?), którą możemy potraktować na zasadzie kampu i takie też przyznaję jej miejsce w mojej kolekcji. Nie wspominam o tym, do jakiego stopnia potwierdza to  główne ideologiczne założenia mojej kolekcji...

 i coś na temat: seksolotka znaleziona na ulicy w Warszawie, gdzie ponętna "zdobycz" wpisana jest w formę banknotu - silnie potwierdza to tezę o kobietach jako obiektach wymiany...

...wtóruje temu pocztówka z Oktoberfest, którą dostałam w prezencie! :)

kolejny prezent od przyjciół to kubek do picia w kształcie piersi - pić można także prosto z sutka... 

a oto kolejny podarunek, jaki otrzymałam - otwieracz do butelek, w pozie miłej Melowi Ramosowi... 

 a oto dzieło paryskiego cukiernika Jeana Charlesa Rochoux - małe dzieciątko z czekolady - zgadniejcie jaka jest jego płeć?...

kolejne dziecko do zjedzenia - to mały Chrystusik z cukru na tradycyjnym belgijskim chlebie noworocznym (prezentuje go na mojej pokazowej desce do krojenia w stylu "chłopaków do zjedzenia"...:)..., mamy tu do czynienia z aluzją do mszalnego powiedzenia: "Oto ciało moje. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy". A jak to się ma do kobiet? Ich konsumpcja jest realna a nie symboliczna, ich dyskryminacja prawdziwa zwłaszcza w kulturze zdominowanej przez mężczyzn, dla których zarezerwowane są "wzniosłe role". Wzory kobiecej konsumpcji, pokzywania kobiecego ciałą jako obiektu wymiany to chyba stylistyka, która najpełniej to oddaje, ostatni bastion antykobiecej kultury. Często jednak jest ona jakże twórczym tematem przekroczeń i żartów.   

Meret Oppenheim,  Ma gouvernante, My Nurse, mein Kindermadchen, 1936 (znamy replikę z 1967)

Meret Oppenheim, Obiekt (Śniadanie w futrze), 1936

Meret Oppenheim, Festin, 1959

Historia kariery Meret Oppenheim to właściwe historia traktowania kobiet przez surrealistów. Jej dwa błyskotliwe dzieła z lat 30-tych nie znalazły kontynuacji w jej karierze, a ona sama popadła w nerwową depresję. Kiedy w 1959 roku na wiosnę zrobiła wspaniałą ucztę w stylu kultu dla Wielkiej Boginii - gdzie z ukoronowanegj nagiej kobiety biesiadnicy mogli częstować się darami ziemii, Breton zaproponował powtórzenie tego samego zdarzenia w Paryżu w ramach Exposition inteRnatiOnale du Surrealisme - w skrócie EROS. Z niemal ołtarza i kultu dla kobiecej płodności został wulgarny bufet z kobiecą nagością wystawioną na męską konsumpcję. Tymczasem Meret Oppenheim mówiła żartobliwie, że uczta w swej pierwotnej wersji powinna być świętowana w ramach Wielkanocy (tu wprowadzam wątek z następnego postu!!!).

 

Sarah Lucas, z serii: Cake, 2001

Współczesna brytyjska artystka Sarah Lucas w suurealistycznym duchu kontynuuje obsesję z jedzeniem i  tradycję buntu wobec stylów konsumpcji - jej Ciastko zawiera aluzję do męskiego ciała, utworzoną z nonszalancko zgniecionych puszek po piwie. Warto także przypomnieć jeden z jej słynnych wczesnych autoportretów:

Sarah Lucas, Autoportret z sadzonymi jajkami, 1996 

 

 i na zakończenie - mój faworyt - lizak w kształcie głowy Zygmunta Freuda, o smaku arbuzowym, nie tylko subwersywnie, ale i dowcipnie! (znalezione w sklepiku w Palais de Tokyo w Paryżu)...:)))) 

www.melramos.com

http://rogallery.com/ramos_mel/ramos_mel.htm 

15:58, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 czerwca 2009
Eat me! Kobiety do zjedzenia c.d.

   Kobiety do zjedzenia to kolekcja, która stale się uzupełnia.Do tej pory w kolejnych jej odcinkach nie przedstawiałam nadmiernie jej trzonu, który stanowią opakowania spożywcze po jedzeniu i napojach.

 

Oto kilka pierwszych egzemplarzy kolekcji uwiecznionych ze mną na zdjęciu przez Michała Mutora z okazji wywiadu, jakiego udzieliłam "Wysokim Obcasom" na temat zbiorów (nieopoublikowaną fotografię niedawno odnalazłam)

A oto kilka nowych międzynarodowych nabytków:

 

                  

 Tonacja z prowokującej  i seksualnej zmienia się w bardziej poważną lub nobliwą przy produktach typu bio albo pochodzących z tzw. "uczciwego handlu", jednak to nadal są kobiety, które je reklamują

 

 

 

 

 Tu kilka przykładów ekskluzywności w czerwieni: czeska bombonierka z Mme Pompadour...

  

i słodzik proponowany przez Karla Lagerfelda, a także egipskie "królewskie" słodkości

 

 dostojne landrynki z Nancy z cukierni (oczywiście!) Stanislas...

a oto polska ekskluzywność - konfitura Pani Adamowej Potockiej wedle jej ścisłej receptury - mamy to do czynienia nie tyle z kobietą-obiektem, ale kobietą w roli autorytetu co uwydatnia jej przyjęte po mężu archaiczne określenie... 

 Oto francuska wersja nobliwej eksluzywności i autorytetu - torebka delikatesów Comtesse Du Barry

polski miód pitny "Jadwiga" 

 oraz czeski absynt - bardziej frywolny, jak przystało na naszych sąsiadów

stylizacja na Belle Epoque przypomniała mi słynne opakowania Alphonsa Muchy, projektowane pod koniec XIX wieku dla francuskiej firmy ciastkarskiej LU

 współczesne wino z prowansalskich okolic Tricastin  - Piwnica Markizy de Sevigné, słynna pisarka listów reczywiście w tych okolicach spędziła ostatnie lata swego życia (przepraszam za brak ostrości)

 włoska babka (sic!) panettone z nobliwym wizerunkiem trzech Marii

 

 siatka po pomarańczach (ostrość i tu nieco zawiodła)

c.d.n 

20:34, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 czerwca 2009
Zieloni górą!

   Przedwczoraj w wyborach do Parlamentu Europejskiego belgijscy zieloni - partia Ecolo - odniosła historyczne zwycięstwo, podwajając liczbę zdobytych głosów. Podobny sukces zdobyli zieloni francuscy, uplasowując się niewiele niżej niż potężna dotąd lewciowa partia PS. Wszystko wskazuje na to, że odwrotnie niż w Polsce, gdzie scena polityczna wydaje się być z betonu, w tej części Europy nastroje społeczne, zapewne nie tylko w skutek kryzysu, są bardziej otwarte i proeuropejskie. Taka była kampania zielonych. W Belgii frankofońskiej zdobyli 22 procent wszystkich głosów (głosował na nich co ósmy Belg) i stali się czwartą siłą polityczną co do wielkości w kraju. We Francji również odnieśli bezprecedensowe zwycięstwo, tym bardziej, że wygrali z mocną dotąd lewicą w Paryżu i paryskiej aglomeracji miejskiej. To głównie zasługa Daniela Cohn-Bendita, symbolu Maja 68 roku, który od lat startuje na przemian z Francji i Niemiec.

Brukselska kampania zielonych była bardzo widoczna. Partia przeżywa prawdziwy przełom nie tylko ze względu na przekonujący program, ale także politykę otwartości. Dla Polaków to tym bardziej istotne, że w historycznym zwycięstwie uczestniczył, startujący z jej listy, Polak - Bartosz Lech.

 

Bartek Lech na triumfalnym wieczorze wyborczym zielonych przed barem Tentations w ostatnią niedzielę w Brukseli wraz z Dagobertem, noszącym koszulkę "Green Planet"...  

15:26, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37