RSS
środa, 20 września 2006
Adam Adach w Wiedniu: polityczna melancholia ...

A) Mam potworne kłopoty techniczne z zabraniem się do prowadzenia pełną parą nowej wersji bloga, B) Mnóstwo przeszkód związanych z przemieszczaniem się z miejsca na miejsce: B1) Siedzę własnie na końcówce wakacji u mojego męża w Brukseli, więc komputer tu jest jakiś "obcy", B2) Byłam właśnie w Wiedniu w zeszłym tygodniu na wystawie....C) Zabieram się wreszcie do dzieła - tyle nowych rzeczy domaga się napisania!...

 W zeszłym tygodniu Wiedeń był chyba europejską stolicą polskiej twórczości (w sensie młodej polskiej sztuki).... Udałam się tam na zaproszenie Galerie Nächst St.Stephan (koło katedry św. Stefana w samym centrum miasta...) należącej do Rosemarie Schwarzwälder na wernisaż wystawy Adama Adacha. Polski malarz żyjący we Francji (a od niedawna z powrotem w Warszawie) gościł juz w moim blogu nie raz: a to z okazji paryskich barykad (gdy sfotografowaliśmy sie na oblężonym placu Sorbony), a to jako jeden z dwóch polskich artystów (obok Romana Opalki!...) obecnych na mocnej wiosennej paryskiej wystawie "Force de l'art". Tym razem m.in. po Nowym Jorku i Zürichu otwierał duży pokaz najnowszych, namalowanych głównie w Warszawie prac w swej "macierzystej" austriackiej galerii. Dla mnie doświadczenie super ciekawe - towarzyszyć artyście (i przyjacielowi z "paryskiego bruku"...) w tak istotnym  wydarzeniu. Jednak okazało się ono dużym wyzwaniem z powodów językowych (mój niemiecki w całkowitym regresie...)... Zarówno przedoficjalny jak i oficjalny - dla publiczności - pokaz otwierało wystąpienie Roberta Flecka, dyrektora Deichtorhallen w Hamburgu, którego teksty na temat Adacha po angielsku, jak i po francusku znałam (wydaje mi się, że jest on jednym z krytyków najtrafniej ujmującym w słowach-kluczach wyobraźniową przestrzeń artysty), jednak teraz przyszło mi skapitulować wobec językowej bariery.

Robert Fleck przemawiający na wernisażu

Publiczność, a w głębi Rosemarie Schwarzwälder i Adam Adach

Skapitulować? No rzecz jasna nie wobec sugestywnych, trochę surrealistycznych obrazów otwierających wystawę:

Zarah Leander w swoim zenicie, olej na płótnie 90 x 145 i 90 x 70 cm

Antonina Traczyk, awangardzistka w układaniu cegieł, 90 x 145 i 90 x 70 

Wyprawa kapitana Blooda (1955), 90 x 145 i 90 x 70 cm

Tryptyk kobiecy otwiera także nowy wymiar w malarstwie Adacha. Nie tylko formalnie każdy obraz jest dyptykiem (tryptyk dyptyków...), ale także krzyżują się w nich palimpsestowe warstwy historyczne, antropologiczne i ...anegdotyczne... Żydowska aktorka robiąca karierę w nazistowskich Niemczech, Antonina Traczyk - mistrzyni układania cegły i nieznana ikona socrealizmu (Tomczyk w "spódnicy" komplementarny wobec bohatera z filmu Wajdy "Człowiek z marmuru") czy papuaska kobieta "odkryta" przez eurpejską ekspedycję podczas karmienia dziecka i prosięcia - to kobiece emblematy paradoksów historii. Ale także, prócz podskórnej przemocy, jej nieskończoności, nie odkrytych znaczeń. Nie przypadkiem pewnie firmują je kobiety, "przyjaciółki kosmosu", zawsze bardziej obce. Ich egzystencje mają często nie linearne znaczenia, mogą być znakiem otwarcia.  

Maszerujący Jozef Sigalin, 90 x 70

Z występu Flecka zrozumiałam jedynie dwa słowa: "Gesichte und Politik" (historia i polityka). Ale wedle zapewnień ujmujących uczestników wernisażowej kolacji - wiedeńskich ludzi sztuki i kolekcjonerów, których dzięki uprzejmości Rosemarie Schwarzwälder miałam okazję poznać (w rozmowie po ang. sic! - ale o tym za chwilę), słowa te okazały się kluczowe.    

     

Political Song, 70 x 50

I rzeczywiście - wraz z przeprowadzką (częściową) do Polski - Adach zdaje się porzucać wymiar prywatny i intymny obecny w jego wcześniejszych pracach. Trudno mówić teraz o jakichś konsekwentnych ciągach narracyjnych - wspomnieniowych czy prywatnych. Poetycki emblemat anonimowej brzozy jako metafory polskiego pejzażu intymnego, który wedle europejskich krytyków był podszyty holocaustowym podtekstem został zastąpiony przez wyraźne aluzje i anegdoty historyczne. Historia osobista nie wplata się już w historię oficjalną jak to było w okresie, w którym powstał cykl "Ostatnie lato" (pokazywane kiedyś w internetowym Obiegu), znajdujące się obecnie w zbiorach centrum Pompidou. Tym razem, wraz z powrotem do kraju, artysta zdaje się zastępować nostalgię przez obecność, a dystans przez rodzaj wyrazistego komentarza.

      

Ministerstwo Edukacji, 160 x 180 cm

 

   Ministerstwo Komunikacji, 160 x 180                               

 

                         

                            Ministerstwo zdrowia, 120 x 190

Trzeba też powiedzieć, że nie przypada ten powrót na łatwe czasy. Nowe płótna zdają sie przekonywać, że trudno tak po prostu odnaleźć się w polskiej rzeczywistości dzisiaj. A taki artysta jak Adach zawsze pozostaje aktywistą - aktywistą zbiorowej wyobraźni przypominającym to, co wyparte. Do niedawna nieobecny w polskim dyskursie publicznym holocaust występował tu na równi z pełną sprzeczności nostalgią za dzieciństwem w cieniu komunistycznych pomników "przeklętej epoki" ("ok, to był komunizm, ale to było także nasze dzieciństwo"...). Teraz "pominiki" ministerialnych gmachów wcielają więcej niz sprzeczność - jakieś polityczne napięcie, kafkowskie niebezpieczeństwo. Są też bezpośrednim odniesieniem do obecnych "pomnikowych" posunięć lustracyjnej polityki kulturalnej.

Adam był zawsze dla mnie malarzem pełnym dystansu, ale świadomym bardzo szerokich kontekstów. Obecnym przez pewien rodzaj intelektualnej i emocjonalnej obecności, wyjątkowej na polskiej scenie artystycznej dzisiaj. Jego najnowsze prace są dokładnym potwierdzeniem tego przekonania. Oprócz melancholii i  narracyjności charakteryzujących jego malarstwo wraz z historyczno-politycznym osadzeniem uwypuklającym się obecnie, dorzuciłabym tu jeszcze upodobanie do emblematycznej anegdoty, do zawieszonych scen, do rwanej opowieści. Czasami historia zamienia się w surrealistyczną groteskę.

Wyżej i wyżej, 160 x 120, 160 x 180 cm

Melancholijne pomniki przeszłości zamieniają się w emblemat obecnego-obcego świata w ruinie, świata przez który ciągle kroczy Anioł Historii Waltera Benjamina. W tej metaforze świata i katastrofy pozytywnego podsumowania chyba nie będzie.

Uwolnieni, 120 x 160

State Actors, 70 x 90 cm

Adam Adach, Stille Beobachtung (Cicha obserwacja), 15 wrzesień - 4 listopad 2006, Galerie Nächst St.Stephan, Wiedeń, www.schwarzwaelder.at

21:34, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 września 2006
Wspomnienia z wakacji (2): Wenecja i Palazzo Grassi...

  Wenecja! Czy istnieje piękniejsze miasto?!... George Sand, jak i Marcel Proust byli zdania, że nie, Francois Mitterand kochał jej melancholię... "Śmierć w Wenecji"... Tomasz Mann umieścił tutaj w ogromnym gmaszysku hotelu na Lido swojego podupadłego bohatera ścigąjącego w kleszczach beznadziejnego pożądania widmo polskiego chłopca Tadzia - stary świat ginął w przedwojennej dekadencji, ustępując miejsca nowemu, wcale nie doskonalszemu... Jeanette Winterson we współczesnej powieści "Namiętność" przywróciła pełną przepychu historię najbogatszego kiedyś miasta świata, wplatając w nią romans dwóch kobiet: bogatej arystokratki i ...gondolierki... Kiedy pływając po kanałach zapytałam naszego gondoliera czy kobiety także prowadziły gonodole (mijaliśmy właśnie wedle naszego znamienitego przewoźnika dom Casanovy - "the great Italian lover"...), namyślał się dłuższą chwilę, po czym odparł: "Today women want to make every thing what men used to do, but this is not ok. They are women's things and they are mens things and they are not the same..." Zrozumiałam, że nie czytal Winterson i nie ma raczej na ten temat zdania...

 

Oprócz biennale sztuki (i festiwalu filmów, który sie właśnie zakończył i na którym w tym roku Piotr Uklański pokazywał film...) Wenecja proponuje dzisiaj luksus w wersji twórczości. Oprócz znanej filli Muzeum Peggy Guggenheim z XIX-wiecznym malarstwem awangardowym (na zdjęciu to ten biały budynek, który właśnie minęłam w wodnej taksówce...), od niedawna możemy tu ogłądać kolekcję Francois Pinault, która nie znalazła spokojnej lokalizacji we Francji. O wystawie "Where we are going" przygotowanej przez młodą kuratorkę z Centrum Pomidou Alison Gingeras pisałam już wcześniej, po jej kwietniowym otwarciu (miejmy nadzieję, że archiwum poprzedniej wersji bloga wkrótce się odnajdzie na łączach...). Tym razem miałam okazję je zwiedzić!...

Tak wygląda "Balonowy piesek" Jeffa Koonsa od środka, widziany z wewnętrznego dziedzińca, a tak muzeum prezentuje sie nocą, wraz z zewnętrzną instalacją, nie widoczną w dzień:

 

Do tematu "moda i sztuka" dodam chętnie, że w komitecie honorowym Palazzo Grassi, na którego czele stoi oczywiście francuski biznesmen Francois Pinault znajduje się także Muccia Prada...

Rozważaniami na temat tego czy duże prywatne kolekcje nie odbierają chleba narodowym muzeom oraz w jakim charakterze należy je pokazywać (wielka dyskusja toczyła się na ten temat we Francji...) nie będę się  zajmować tutaj, choć bez wątpienia są to ważne nadal kwestie. Jednak ważniejsze było dla mnie samo obejrzenie wystawy, a najciekawsze potwierdzenie związku, o którym czytałam juz w recenzjach, między wrażliwością kolekcjonera a sposobem istnienia sztuki w jego orbicie. Zwłaszcza, że pan Pinault jest bardzo na swej wystawie obecny. Nie tylko w końcu sam tytuł wystawy "Where we are going?" nawiązuje  do klasycznego dzieła Gaugaine'a ("Skąd przychodzimy? Kim jestesmy? Dokąd idziemy?"), ale motyw wanitatywny został także  powtórzony w otwierającej pokaz pracy Piotra Uklańskiego wykonanej specjalnie do zbiorów pana Pinault (Untitled (Monsieur Francois Pinault), 2003), która jest pokolorowanym radiologicznym zdjęciem czaszki znanego kolekcjonera...Tym sposobem stał się tworzywem sztuki, on sam i hołd oddany mu przez skupionego na nim artystę...  

Rzeczywiście wydaje się, że pan Pinault ma bardzo wyrazistą kolekcjonerską osobowość i wyróżnieni w opisach prasowych jego ulubieni artyści oddający coś z jego własnych obsesji rzeczywiście zostają na tej wystawie uhonorowani. Zwłaszcza naturalistyczny Damien Hirst i ekcentryczny David Hammons.

 

Poćwiartowana krowa z pracy "Pewien komfort uzyskany z akcpetacji inherentnego wiecznego kłamstwa" (1996), szkielety zwierząt jako parodia ewolucji z pracy (uwaga!:) "Where Are We Going? Where do We Come From? Is there a Reason?" (2000-20004) czy gablotka leków z pracy "Nieskończoność" (2001) świetnie oddają zamaskowaną niepewność współczesnego świata techniki, dobrobytu i wygody... I współgrają z ironicznym marginesem, z którego wypowiada się David Hammons:

Ekskluzywna wersja glamour tablicy do koszykówki (Untitled, 2000) - symbolu wykluczenia murzyńskiego getta, któremu artysta składa hołd czy mikrofony z pracy "Which Mike Would You Like to Be Like?" (2003) pokazują, że dwubiegunowy rasizm ciągle zarządza zachodnią (białą) wyobraźnią. Uwielbienie dla czarnoskórego gwiazdora koszykówki czy znanego piosenkarza nie oznacza prawdziwej tolerancji. Pomnikami wykluczenia stają się także ironiczne koty leniwie drzemiące na afrykańskich bębnach o surrealistycznych rozmiarach (High Level of Cats, 1998).

   

 

 

Praca Hammonsa "Forgotten Dream" (2000), pokazująca wywindowaną do sufitu ślubną suknię vintage spotyka sie gdzieś z pracami Cindy Sherman pokazanymi w nie odległej sali, o której recenzenci francusscy wystawy nie wspominali, a która dla mnie jest naturalna i organiczna kontynuatorką rzeźby kolekcjonerskiej wrażliwości pana Pinault. Zdjęcia z okresu "pornografii i groteski" (seria: Untitled, 1992) w znakomity sposób uzupełniają deziuluzję ludzkiego pragnienia samowystraczalności i egoistyczną zakłamaną wizję spełnienia. U Sherman pornograficzne ciało przypomina tragiczną groteskę zalanych formaliną fragmentów krowy zaklętych niczym w przedpotowym bursztynie. Pornografia jako parodia techniki i prawdziwej cielesnej narracji jest tyleż samo znakiem wyzysku i wykluczania kobiet, ile nieudolną walką o nieuchwytną dominację nad znaczeniem i pragnieniami.   

 

 

 

 

W muzealnej kawiarni wiszą zdjęcia artystów:

 

Cindy Sherman 

Maurizio Cattelan

Jeff Koons                                      

 i Pablo Picasso mieszający sałatę w zapowiedzi kolejnej wystawy - "Pablo Picasso, radość życia" - otwarcie przewidziane na 11 listopada...

 

04:15, agata_araszkiewicz
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 września 2006
"Ocalić Manhattan": 11 września...
 Dzisiejsza data, chce się czy nie, od paru lat kojarzy się w sposób zdecydowany. Samoloty wbite w World Trade Center - prawie każdy pamięta gdzie i z kim to oglądał i co wtedy robił (ja po przerwaniu feministycznej narady przed prezentacją na konferencji w Berlinie działalności związanej z Manifami całą kupą wraz z koleżankami przyjechałam do mnie włączyć CNN...). Terroryzm, wojna, hipermediatyzacja, imperializm, zakłócona równowaga globalna, konflikt cywiliacji, niedorozwój Trzeciego Świata, alterglobalizm - wszystko cisnęło się na usta...Dziś kolejna rocznica i świat obiegają filmy dokumentalne m.in.o pasażerach lotu 93, którzy podjęłi na pokładzie rewoltę przeciw terrorystom czy wielka hollywodzka produkcja Oliviera Stone'a o dwóch strażakach, którzy przetrwali pod gruzami. Przed narracją heroiczną parę lat temu dokument Michela Moore'a czy francuska powieść Fredericka Beigbedera próbowały przynieść krytyczną analizę wydarzeń: oskarżyć rozkład amerykańskiej polityki, uruchomić spojrzenie alteglobalistyczne, które jednak okazywało się bezradne wobec tragedii... Niezależnie od obozu, w którym jesteśmy - czy z Orianą Falacci i Huntingtonem czy po stronie bardziej demokratycznej lub wręcz pacyfistycznej - trudno nie uznać, ze wraz z tym atakiem rozpoczęła sie nowa epoka (myślenia i wojny?...)...

Ja wybieram dwie artystyczne wypowiedzi, dwa komentarze do tego wydarzenia.

Pierwszy to praca wideo francuskiego artysty młodego pokolenia Laurenta Grasso zatytułowana "Projekcja" z 2005 roku, przedstawiającej chmurę dymu przesuwjącą się ulicami (Paryża?...) w takt pogodnej muzyki. Jej kadr wygląda następująco:

A drugi to dwie instalacje arabskiego artysty, urodzonego w Tangerze a pracującego we Francji, Mounira Fatmi'ego:

Zatytułowane są kolejno: "Save Manhattan 02" i "Save Manhattan 01", pochodzą z lat 2004-2005 i 2003-2004 (pierwsza posługuje się kasetami vhs, a druga książkami - uwaga! dwie wieże tworzą dwa tomy Koranu...).

Pokazu obu prac odmówiono w Nowym Jorku, przed wakacjami pojawiły się w jednej z paryskich galerii. Tak naprawdę tytuł "Ocalić Manhattan" brzmi trochę jak z Woody Alena albo kolejny odcinek serialu "Sex in the City"...

Don't u think?...

18:43, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
Wspomnienia z wakacji (1): Antony Gormley w Poggibonsi...

 No cóż!... Nieco dłużej zajęło mi podjęcie wątku wspomnień z wakacji, gdyż ...stara wersja blogu napotkała kłopoty techniczne...Nie wierzcie, że łatwo jest uruchomić nową wersję - zwłaszcza, gdy jest się, tak jak ja, urodzoną "technofobką"... Przez tydzień nie udało mi się wprowadzić udoskonaleń i umieścić logo, od których chciałam rozpocząć pisanie, więc...zaczynam bez tego...Trudno, będzie co ma być (proszę wybaczyć rudymentarną wersję wstępną!...)!...

Wakacje miałam wspaniałe i udane - w okolicach Wenecji i w Toskanii...Zacznę od końca - ostatnia stacja Poggibonsi to małe miasteczko w sercu Toskanii zniszczone podczas wojny bombardowaniami.(Podobno Niemcy mówili na nie "Poggibombi" jak opowiadal 27-letni właściciel zameczku - stojącego mimo wszystko na jednej z okolicznych gór od IX wieku!...- w którym mielismy niezwykłe szczęście się zatrzymać...). Choć nie miałam dostępu do internetu o blogu nie zapomniałam...

Zwłaszcza, że na samym środku małego ryneczku stał przedziwny żelazny człowieczek (jakby z pikseli...), z którym mieszkańcy czuli się oswojeni - właśnie odbywało się w miejskim ratuszu wesele.

Przy wejściu do supermarketu stał kolejny człowieczek i tym razem ja poczułam się z nim oswojona...

 

Obie figury okazały się częścią większej pracy, obejmującej miasteczko i okolice autorstwa brytyjskiego artysty i laureta nagrody im. Williama Turnera: Antonego Gormleya.

Projekt zatytułowany "Tworzyć przestrzeń, zajmować miejsce" odbył się we wrześniu 2004 roku w ramach trwającej od paru lat w regionie Sienny akcji "Arte all'Arte" stowarzyszenia Arte Continua pod hasłem "Sztuka, architektura, pejzaż" i obejmował ustawienie w różnych punktach miasteczka (rynek, sklep, ale także okoliczna polana) kilkunastu figur, z których każda "przedstawia" wybranego mieszkańca lub mieszkankę Poggibonsi, z ich imieniem, zajęciem, wiekiem. Według artysty w ten sposób sztuka współczesna, z pozoru trudna i elitarna, przybliża ludzi oraz oswaja przestrzeń, przy użyciu techniki, która tradycyjnie kojarzona jest z alienacją. Wirtualność oznacza także dosłowność oraz możliwość: możemy być bliżej siebie... Nawet z daleka i przy użyciu abstrakcji...

Uważam, że nie tylko jak na wakacyjną przygodę, wygląda to całkiem nieźle!...

W poprzednich latach inne akcje podejmowane przez różnych artystów (m.in. Daniela Burena w 1999 roku) odbyły się w okolicach m.in.: w sąsiednim miasteczku starodawnych wieżowców - zwanym "średniowiecznym Manhatanem" - San Gimigiano lub przepięknej miejscowości Cole Val d'Elsa.

16:40, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 sierpnia 2006
Flâneriaa! Reaktywacja!

Ze względu na tajemnicze internetowe włamanie (?...) powracam po chwili przerwy technicznej (która przedłużyła wakacyjną niezgodnie z zamierzeniami) na innym serwerze...Przepraszam wszystkich za tę chwilową nieobecność!

16:25, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
1 ... 36 , 37