RSS
czwartek, 26 października 2006
Francois Pinault najważniejszy! Ranking Power Art magazynu ArtReview i Wall Street Journal

 W weekendowym dodatku Wall Street Journal z 13-15 października ukazał się ranking Power Art wykonany przez  pismo ArtReview, dotyczący najważniejszych osobistości w globalnym świecie międzynarodowej sztuki. Na pierwszym miejscu znajduje się ... francuski kolekcjoner Francois Pinault wraz z muzuem w Palazzo Grassi w Wenecji, które miałam niedawno przyjemność wam przedstawić!!! 

Sztuka dzisiaj stała się nawjażniejszym językiem kreacji, który mówi o współczesnym świecie, jego zmianach, napięciach i pasjach. W dobie "globalnej wioski", społeczenstwa spektaklu post-konsumpcyjnego i prymatu paradygmatu wizulaności (nad chociażby paradygmtaem słowa) sztuka skupia na sobie największą uwagę - zarówno intelektualną jak i "popularną" także w świecie ekonomii czy biznesu. Wiele osób jest zdania, że sfera oddziaływania sztuki się w ostatnich dekadach bardzo powięszyła i zatacza coraz szersze kręgi, wzrasta też jej prestiż i znaczenie społeczne. Ranking ArtReview bierze pod uwagę w pierwszej kolejności galerzystów (jako "układ mięśniowy" rynku sztuki), a następnie: kolekcjonerów, artystów, krytyków, architektów i kuratorów. Wall Street Journal w specjalnym dodatku przedrukowuje "tylko" pierwszą setkę.Na pierwszym miejscu najbardziej wpływowych ludzi w świecie sztuki jest Francois Pinault - kolekcjoner, który od trzydziestu lat pokazuje jak pieniądze zarobione na obrocie luksusowymi towarami (był on m.in. dyrektorem generalnym Gucci, obecnie zastępuje go jego syn - wspominałam o tym przy okazji niedawno) inwestować w rynek sztuki i wspierać takich artystów jak Hirst, Konns, Sherman. Wraz z otwarciem Palazzo Grassi w Wenecji jego kolekcja prywatna ułożona według pomysłu kuratorki Alison Gingeras stała się najważniejszą dzisiaj na świecie. Charles Saatchi jest dopiero na 7 miejscu. Artyści Jeff Koons i Damien Hirst odpowiednio na 10 i 11, Gerard Richter na 17, Andreas Gorsky na 22. Galerzytska Barbara Gladstone z Nowego Jorku na 24, Sadie Coles z Londynu (prezentująca obok artystó amerykanskich i brytyjskich jak Sarah Lucas m.in. Wilhelma Sasnala, którego w krótkiej prezentacji wymienia jako artystę, którego pragnie więcej pokazywać, "Moją receptą na sukces jest spędzanie towarzysko jak najwięcej czasu z artystami - dodaje - dla mnie to najważniejsze, wszysycy czują się wtedy bardziej zrealaksowani i mamy więcej wspólych pomysłów do budowania silnej propozycji"). Kurator Hans Ulrich Obrist znajduje się na 46 miejscu (obecnie opuścił on Paryż dla Serpentine Galley w Londynie), architekt Frank Gehry na 58. Projektantka mody Muccia Prada na 65 (wpływowa dzięki swemu imperium, w którym ubierają się nawet diabły...:)...posiada własną kolekcję ponad tysiąca dzieł sztuki, współpracuje z artystami jak Tom Sachs, ma poczucie humoru i choć przysięga, że nie chce na siłę żenić mody i sztuki przewiduje otwarcie tymczasowego sklepu Prady w Bazylei podczas trwania targów sztuki...). Kurator Hou Hanru na 85 miejscu (odpowiedzialny za wielkie ekspozycje m.in na 50 Biennale w Wenecji, pokazał m.in. Adama Adacha na wystawie "Force de l'art" na wiosnę w Paryżu - A.A.). Malarz Luc Tuymans na 96 miejscu (z pochodzenia Belg, kluczowa figura dla powrotu malarstwa figuratywnego, porzucił w latach 80-tych malarstwo na rzecz filmu, by potem wprowadzić wiele technik filmowych i wrażen optycznych do swej pierwotnej aktywności, tak znaczący, że niektórzy mówią dzisiaj o pokoleniu "post-tuymansowskim"). Na miejscu setnym znajduje się... Google (najpopularniejsza wyszukiwarka interentowa, która zrewolucjonizowała ideę komunikacji, jedno z najważniejszych narzędzi współczesnej sztuki, w przedziwny sposób wyznaczająca hity, któe mogą legitymizować artystę, kuratora czy marszanda w jego działalności).

Jak wiadomo dzięki Google mogą tak świetnie prosperować blogi o sztuce...Ale jak na razie w rankingu żadnego nie znalazłam ... :)))

20:26, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 października 2006
Dita von Teese w Crazy Horse

 Witaaaam! Po długaśnej przerwie związanej z moimi podróżami!!! Kiedy to się skonczy?...

Podróżowałam między innymi ...do Polski, gdzie spędziłam chwilę przed ostatecznym powakacyjnym powrotem do Paryża. I pewnego wieczoru całkiem przypadkiem spotkałam w pewnej miłej i modnej knajpie na Foksal - dwóch artystów (a czasami i bohaterów mojego blogu!)...Michała Budnego i Zbigniewa Rogalskiego.

Oto oni, sfotografowani moją komórką - wcielenie "artystów z czasów młodości", debatujących nad lampką wina! Odbyliśmy super pogawędkę. Zrobił na mnie wrażenie ich widok. Co za koincydencja, zważywszy pośpiech, w którym wszędzie się przemieszczam! Zwłaszcza, że pracują ostatnio w duecie i od jutra (a właściwie od dzisiaj!...jest już późno) można będzie zobaczyć ich pracę na międzynarodowych targach sztuki FIAC, które zaczynają się w Paryżu... Napiszę o tym wkrótce!

Nareszcie powróciłam do domu!

Banalnie mówiąc Paryż jest tak nieskonczenie piękny (pewnie chodzi mi o wymiar mityczny! ha ha!...), że zawsze powala mnie na kolana. Jestem śmiertelnie zakochana w tym mieście rodzajem miłości chyba wczesno-dziewczęcej - idealistycznej i pełnej przesadzonych zapewne uniesien. A niech tam, trudno, "sacrebleu" (jak klął szpetnie Książę Pan) !!!... :)

I właśnie od tego mitu chyba zacznę!

W nowym sezonie jesiennym Paryż gwarantuje masę rozrywek i parę nowości (prócz wspomnianych...): i prócz strajku w Centrum Pompidou (mitycznego - w Paryżu zawsze ktoś strajkuje, tym razem chodzi chyba o podwyżki), z powodu którego nie mogłam zaobaczyć od razu wystawy Althamera, mamy też inną atrakcję!...W kabarecie "Crazy Horse" - znowu oczywiście mitycznym, z gatunku "Moulin Rouge" czy "Folie Bergere", który złote lata przeżył w dekadzie lat 70-tych i do którego dziś chodzą głównie turyści, a prawdziwi Paryżanie uważają za naprawdę trącący myszką i "demode"...przez parę dni występuje Dita von Teese (ja wybieram się na ten występ w czwartek). A szkoda było by to przegapić! Żona Marylina Mansona, mieszkająca z nim w mitycznym gotyckim domu w Los Angeles, jest zaiste dziwną arystką.

Ma 34 lata i uznawana jest za muzę mody w stylu retro i ikonę fetyszyzmu. Jako modelka i tancerka, od dziecinstwa uwielbiająca estetyczny glamour aktorek złotej epoki kina holywoodzkiego, za swój cel profesjonalny wybrała... przwrócić sztuce streap-teasu należącą jej rangę (sic!). Przysłuchując się jej wywiadowi telewizyjnym zaczęłam się zastanwiać czy strep-tease może mieć swój wariant feministyczny?

Blondynka przefarbowana na czarno, której prawdziwe nazwisko brzmi Heather Sweet, a pseudonim pochodzi od słynnej filmowej gwiazdy epoki niemej Dity Parlo, zafascynowana modą vintage po studiach z historii kostiumu w Kalifornii, postanowiła wypromować nowy styl streep-tease'u na miarę XXI-wieku. Po rewolucji seksualnej, epoce porno-szyku w modzie i w dobie metroseksualności chce swoją sztuką udowodnić światu, że historia streap-teasu jest bliską krewną historii tanca i wszystkich dyskursów seksualności XX wieku, zarówno intelektualnych jak i popularnych (jak "Playboya") i jako taka przynależy do naszej epoki na równych prawach z innymi tradycjami artystycznymi. Jej postmodernistyczny z ducha show jest więc kulturowym (a nie pornograficznym) spektaklem w całym tego słowa znaczeniu. Dziś występuje jako międzynarodowa gwiazda streap-teasu w stylu burleski z lat 50-tych. Szyk i kicz, żartobliwe żonglowanie między zasadami peep-show a prze-estetyzowanym obrazem pin-up girl cechują jej spektakle.

 

                     

 

 

Jej najsłynniejszy numer to "Martini" -  zwana czasem żartobliwie "szklanka pełna Dity", został przeniesiony do słynnego remake'u "Aniołków Charliego" i wykonany przez Cameron Diaz. Sama autorka wykonuje go także w teledysku Marylina Mansona "Mobscene" (legenda głosi, że piosenkarz w tym celu skontaktował się z artystką, znając jej stronę interenetową, ale był to tylko pretekst...Ślub wzięli w grudniu ubiegłego roku...)

Dla mnie ta żartobliwa trawestacja charakterystycznego połączenia erotycznego wizerunku kobiety i konsumpcji spożywczej jest ciekawa zew zględu na moją kolekcję "kobiet do zjedzenia" (etykietek produktów spożywczych i seksolotek, o których pisałam w "Fototapecie" nr 1 2004, przedruk w zbiorowek książce "Kobiety, feminizm, media" Poznan 2005, patrz też wywiad w "Wysokich Obcasach" 31.01.2004).

"Dziś obraz streap-teasu jest zdegradowany. I wielka szkoda. Streap-tease to sztuka z własną historią i własnymi technikami. Staram się nawiązać do jego artystycznej formy, nieodzielnej od pewnej elegancji, artystycznej techniki i estetyki, która im towarzyszy" - mówi Dita von Teese jako Burlesque Performer w wywiadach z niezwykłą świadomością, że seksualność to przede wszystkim forma. Artystka sytuuje swój spektakl także wobec histroii kobiet - zapomnianych dziś "gwiazdeczek" epoki pin up girls, streap-teaserek lat 50-tych czy aktorek epoki niemej, które przywołuje. To już nie jest spektakl wyalienowanej kobiety dla mężczyzn, ale zabawna gra z konwencją, także konwencją seksualnych upodoban. Sytuuje ją to obok seksualnych spektaklów Madonny i francuskich reżyserek współczesnych z nurtu "Nowej Pornografii", które próbują seksualności nadać cech mniej zmistyfikowanych i bardziej obecnych w kinowym obrazie.

W "Crazy Horse" Dita von Tease pokazuje numer "Kąpiel", który jest trawestacją oryginalnego spektaklu, który się tu narodził w latach 50-tych. Zobaczymy!

(materiał wizualny pochodzi z situ internetowego Dity von Teese)

 

03:03, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 października 2006
"Charytatywne" dzieło Althamera w Pompidou?...
Jak dogłębienie zrozumiałam niedawno - dzięki pracy "Forum" - prowadzonej przez galerię Potocka w Krakowie, która dzięki nowym technologiom umożliwiała wzięcie udziału w przewidzianej przez artystkę projekcji intymnych wypowiedzi na osiedlowym tadycyjnie alienacyjnym bloku nie tylko jego mieszkańcom, ale także "mieszkańcom otoczenia i internetu"!!! Dzięki internetowi jesteśmy zawsze w globalnym "otoczeniu" jakieś nawet oddalonej sprawy.
Choć przebywam właśnie w Warszawie, chciałam więc donieść więcej informacji o paryskiej wystawie Pawła Althmera, której choć jeszcze nie widziałam, mogłam sie bliżej "przyjrzeć" dzięki przebywaniu w "internetowym otoczeniu" (i newsletterze jaki otrzymuję z Centrum Pompidou...)...

Otwarta 13 września wystawa - przez polską kuratorkę, która właśnie sezonuje w szacownym francuskim muzeum Joannę Mytkowską - jest anonsowana jak następuje:

"Zaproszony do realizacji projektu w galerii Espace 315 Pawł Althamer wolał zjednoczyć grupę jedenastu młodych artystów, pochodzących z różnych tradycji i szkół artytstycznych i urodzonych między 1972 a 1981 roku, aby powierzyć im realizację projektu. W ten sposób artysta posługuje się swoją sztuką jako możliwością dla Innego, proponując młodym artystom Centrum Pompidou jako teren doświadczeń dla młodszych adeptów. Wystawa jest efektem tej współpracy i refleksją powstałej w ten sposób grupy na temat roli artysty i instytucji artystycznej dzisiaj.

Warsztaty
Althamer zaprosił grupę do udziału w wielu warsztatach. Pierwszy odbył się w Centrum Pompidou w marcu 2006 roku - zaproponował uczestnikom prezentację historii Pompidou przy użyciu rozmaitych narzędzi. Drugie spotkanie miało miejsce w kwietniu w miasteczku Płochocinek w Polsce, gdzie
podczas dwóch tygodni artyści rozwijali swoje osobiste wizje i wzięli udział w zajęciach grupowych proponowanych przez Althamera. Z tego doświdaczenia powstał pomysł realizacji filmu w postaci teatru cienia na podstawie ich wrażeń z "warsztatów".
Udział Pawła Althmera w wystawie polega właśnie na stworzeniu filmu, zapisującego proces trwania projektu i wymianę, która powstała w obrębie grupy. Film zatytułowany "Plochocinek", pokazywany na marginesie wystawy, oddaje też intecję odsunięcia sie na bok samego Althamera.

Status artysty
Prawdziwą intencją Althamera jest kwestionowanie statusu artysty, zwłaszcza w szczególnym kontekście instytucjonalnej wystawy. Koncentrując się na procesie współpracy między młodymi artystami, niejako "zostawia obok" ich wszystkie artystyczne prace i ustawia się w opozycji przeciwko pewnej idei "artysty-gwiazdy". W istocie, ze względu na różnorodność ich pochodzenia, stosowanych praktyk i użytych narzędzi, artyści dzisiaj nie funkcjonują wedle "romantycznego" stylu
grupy artystycznej.

Czy ten nieobecny już dzisiaj koncept może zostać reaktywowany i wygenerować nowy rodzaj refleksji? Praca z młodymi artystami pozwala Althamerowi dialogować z nowym pokoleniem, które jest w fazie pytań o własną przyszłość w dobie, gdy

świat, także świat sztuki, wydaje się funkcjonować wedle zasad rywalizacji i rywalizyjncości. Wystawa więc prezentuje ruch odwrotny od tego, zaproponowanego przez Jeffreya Deitcha w Nowym Jorku w 2006 roku w projekcie "Artstar", rodzaju repliki na programy typu "Star Academy" (francuska wersja "Idola" - AA), w której inscenizowano proces "stanięcia w światłach rampy" artysty- gwiazdora"."

Tyle "newesletter" z Pomidou...

Zobaczę wystawę dopiero za dwa tygodnie, ale już zastanawiam się czy nie jest ona jednak propozycją złudnej anty-jednostkowej utopii?
Odgrzewając stary, "romantyczny" styl teatru Grotowskiego (chciało by się powiedzieć - "tak bardzo w polski"...) Althamer przywołuje na nowo "polskich mistrzów" (po Witkacym i Malinowskim) i na nowo zbliża się do tematu teatralizacji sztuki (po udziału w wystawach poświęconych Kantorowi w Wiedniu i Warszawie). Jednak trudno uzyskać pewność czy powstaje w ten sposób kontr-propozycja dla stystemu gdwiazdorstwa czy raczej jest to rodzaj ucieczki od jego zasad?...Przy całkowitym zachowaniu związanych z tym systemem profitów...W końcu wystawa jest wystawą Althamera i jedyne co pozostaje to jego Imię...

A także wspomnienie jego "dobroci"?...




http://www.centrepompidou.fr/Pompidou/Manifs.nsf/AllExpositions/775CB758200201D5C125710900369F0D?OpenDocument&sessionM=2.2.2&L=1&form=AvenirCategorie
17:08, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 października 2006
Nowy jet-set kocha sztukę....

   Pieniądze i sztuka...Temat, który dzisiaj pojawia się z nowym blaskiem. Międzynarodowe tygodniki ekonomiczne donoszą, że w ostatnich 10 latach liczba bogatych rodzin, które dysponują więcej niż milionem dolarów „na życie” się podwoiła. Chodzi o takie kraje jak Brazylia, Chiny, Indie, Rosja. Pojawia się też nowy wzór bogactwa, któremu ton nadaje Bil Gates, jeden z najbogatszych ludzi świata, który "wydziedziczył" swoje dzieci, przeznaczając gros fortuny na...medyczną fundację naukową. Nie tylko filantropia - niektórzy mówią "bilantropia" - staje się nowym wzorem "wydawania" pieniędzy (bogaczy straszy ponoć krążące nie tylko po Europie widmo..Paris Hilton, bogatej, kapryśnej i egocentrycznej dziedziczki - jak się okazuje w starym stylu...) Nowy jet-set kocha sztukę!...Słynna "kolejka miliarderów" na targach sztuki w Bazylei, o której donosiła swego czasu polska prasa, jest wyrazem tego trendu. Jeden z francuskich tygodników społecznych donosi, że nowym upodobaniem globalnych miliarderów jest podróżowanie prywatnymi samolotami na ekskluzywne wernisaże do Paryża czy Londynu albo Nowego Jorku.

 

Uczestnictwo w międzynarodowych targach sztuki jest synonimem przynależności do nowego kręgu wybranych, gdzie wzbogacenie oznacza także wzbogacenie sie o kulturę...W tej kolejce gwiazd i miliarderów można spotkać Madonnę, Eltona Johna, lub też stylistę Heidi Slimane'a (tego samego, który w zeszłym roku odwiedził warszawski Raster), słynnych artystów np. z pod znaku "Young British Artist", a także biznesmenów. "Sztuka współczesna niegdy jeszcze nie była tak ekscytującą okazją dla tak wielkiego grona słynnych osób, które chce uczestniczyć w czymś współczesnym i pokazać, że należą do swojej epoki i ja współtworzą" - mówi Martin Bethenod (wedle tygodnika "Le Point" z 27 lipca 2006), główny kurator FIAC-u dorocznych francuskich największych tragów sztuki w Paryżu ( w tym roku goszczących znowu Raster, nad którym gwiazda ciągle świeci...). Zapropnował on znanemu klubowi nocnemu "Le Baron" (znanemu - także z bywalności Sofii Coppoli) organizację imprezy wernisażowej właśnie z tej okazji... Wszyscy wspominają kolację, jaką wydał Francois Pinault w Palazzo Grassi na otwarcie swojej kolekcji (pisałam o niej w poprzednich postach z Wenecji), na której prym wiódł "nowy jet-set"... Magazyn Artnews opublikował niedawno ranking "200 topowych kolekcjonerów", w których luksusowe domy-współczesne muzea prześcigały sie o palmę pierwszeństwa. Na przykład francuski galerzysta Enrico Navarra przekształcił swą wielką posiadłość niedaleko Saint-Tropez w wielką galerię sztuki, która służy do mieszkania, gdzie niczym nowoczesny luksusowy hotelarz-krytyk sztuki przyjmuje on gości z Nowego Jorku, swoich przyjaciół czy chińskich biznesmenów. A zaraz potem proponuje wspólne zwiedzanie swojej nowej wystawy na jedenj z tropeziańskich plaż blisko znanego klubu Niki-Beach, gdzie podczas wakacji opalając się obok księcia Alberta z Monako czy producenta Eminema bogaci Rosjanie topią codziennie fortuny... Nowy jet-set szuka pogłębionych rozrywek (czy na tej fali Paris Hilton chce właśnie zagrać Matkę Teresę w jednej z najnowszych hollywoodzkich produkcji?...)...

W ten sposób na scenę wkraczają także designerzy przedmiotów użytku codziennego. Obok najbardziej znanych jak Philip Starck czy Andree Putman wielu młodych, próbujących fachu projektantów sztućców, szklanek i mebli może liczyć na to, że dostrzeże ich talent jeden ze znanych kolekcjonerów sztuki (jak Francois Pinault) i podniesie ich rangę przez zakup do swojej kolekcji. "Dziś to głównie kolekcjonerzy sztuki wspóczesnej powodują, że mam za co się utrzymać" - wyznaje jeden z projektantów  Martin Szekely, autor słynnych szklanek, z monogramem wody "Perrier", które stały się bestsellerem (Le Point, 31 sierpień 2006).

Tymczasem Espace Louis-Vuitton - galeria na szczycie wielkiego domu handlowego jednej z najbardziej luksusowych marek świata LVMH na Champsee-Elysee, o której wystawie na temat Indii - nowego bożyszcza aukcji współczesnej sztuki - już pisałam, proponuje na otwarcie nowego sezonu nowy eksperyment. 15 września odbył się tam wernisaż "Ikony", który zjednoczył "świat sztuki i świat mody", jak pisały gazety (Le Figaro, 18 wrzesień 2006). Dziewięć najbardziej znanych modelów toreb i walizek od 1875 do 1968 roku produkowanych przez markę Louis Vuitton zostało zreinterpretowanych przez dziewięciu artystów współczesnych... Jedna z toreb (model Keepal z 1930 roku) została zamieniona przez artystkę szwajcarską Sylvie Fleury (pisałam o niej przy okazji działu mody na wystawie "Force de l'art"...) w statuę z brązu, która to rzeźba natchnęła obecnego dyrektora arystycznego firmy Marca Jacobsa do stworzenia nowej wersji - Keepal Mirror...Torba Alma (1934) stała się bohaterką instalacji video Tima White'a-Sobieska, analizującej relację intymną między właścicielem a jego własnością...Najbardziej znany model Speedy, jak i torba ze słynnym wielo-kolorowym logo Takashi Murakamiego znajdują tu także swoje różne wariacje...Jako "ikony czasów współczesnych"...

W dobie filmu "Diabeł ubiera się u Prady" trudno przeczyć, że moda wyznacza nam współczesne ikony, które znakomicie slekcjonuje i utrwala światowy jet-set. Jeśli chodzi o torby to warto zaznaczyć, że kolejny gigant w tym sektorze firma Gucci podkreśla, że w nowej epoce nie ma już miejsca na "porno-szyk" i wyzywjącą prostotę lat 90-tych. "Nowa kobieta Gucci jest bardziej klasyczna - zmysłowa, świeża i przywiązana do rodziny" ("Capitale" nr 180, wrzesień 2006)...Koniec z Clintonowskim "seksem w wielkim mieście" ubiegłej dekady...Witamy w nowym światowym królestwie "desperates house-wifes"...

Czy sztuka pomoże nam się wyzwolić i z tego? Jednym słowem jak odpowie ona na wzmożone zainteresowanie rynkiem? Jaka rolę odegra przypływ pieniędzy na rynek sztuki? Czy sztuka i pieniądze zawrą dzisiaj nowy nie-antagonistyczny mariaż?...

 

 

 

00:02, agata_araszkiewicz
Link Komentarze (1) »
czwartek, 28 września 2006
Tajemnica kradzieży...

   O co chodzi w kradzieżach wielkich dzieł sztuki?

31 sierpnia, niespełna miesiąc temu, norweska policja podała, że odnalezione zostały dwa obrazy Edwarda Muncha "Krzyk" i "Madonna" - oba z 1893 roku, których łączna wartość jest oceniana dzisiaj na 83 milionów dolarów - skradzione w biały dzień 22 sierpnia 2004 roku z Muzeum Narodowego w Oslo. Pamiętna sprawa. Dwaj uzbrojeni mężczyźni zdjęli je ze ściany i wynieśli na zewnątrz oczach sterroryzowanej obsługi i zwiedzających!

Sprawa wywołała wiele debat na temat sposobów i zabezpieczeń wystawiania arcydzieł w muzeach. Mimo wyznaczonej nagrody 250 tysięcy euro do wiosny tego roku, los obu prac nie był znany. W maju norweski trybunał skazał trzech mężczyzn za "implikację w kradzieży" na karę więzienia od 4 do 8 lat, a dwóch z nich na grzywnę tytułem odszkodowania wysokości 100 milionów euro. Jednak miejsce przebywania obrazów, ani szczegóły kradzieży nadal nie były znane. Aż do niedawnego "cudownego odnalezienia"...

Choć policja norweska odmawia nadal podania szczegółów, deklarując jedynie, że oba obrazy zostały odnalezione w Norwegii, i nigdy nie opuściły macierzystego kraju, norweska prasa prześciga się w domysłach. Często pojawia się motyw odwrócenia uwagi, który miała zapewnić kradzież słynnych arcydzieł od włamania do banku, w tym samym czasie w miejscowości w południowo-zachodniej Norwegii. Jeden z bandytów skazany na 19 lat więzienia miał wskazać, w zamian za łagodniejsze warunki kary, miejsce przebywania obrazów. Niektóre gazety podawały także, że obrazy oraz swego szefa wydali aresztowani i skazani w maju mężczyźni. Policja oraz norweski minister sprawiedliwości dementują pogłoski, że odnalezienia obrazów było efektem jakiejkolwiek transakcji.

Publiczność w Oslo mogła podziwiać odnalezione skarby na początku - obecnego miesiąca - września, gdzie przez tydzień były wystawiane w pozycji leżącej w klimatyzowanych witrynach i bez ram. Mimo, że nie uległy większym uszkodzeniom nie nadawały się do powieszenia, a obecnie przebywają na paromiesięcznym okresie konserwacji.

Prasa branżowa i internetowe blogi prześcigają się w komentarzach i gubią w domysłach. O co chodzi z kradzieżą dzieł zbyt znanych, aby mogły zostać sprzedane?... Nadal pozostaje nieznany los innych wielkich skradzionych arcydzieł jak "Koncertu" Vermeera czy "Narodzin" Caravaggia... 

 

 

 

 

http://www.norvege.be/culture/painting/munch.htm

 

 

 

18:21, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 września 2006
Miejsce: krakowskie osiedle wraz z otoczeniem oraz internet...
 
 Niedawno z Galerii Potocka z Krakowa dostałam informację o projekcie "Forum" prowadzonym przez Teresę Czepiec-Chwedeczko.
Projekt w przestrzeni publicznej osiedla Krowodrza Górka w Krakowie
czas: 15.09. 2006 - 30.09.2006
finisaż : 30.09.2006 od godz. 19.00
miejsce: bezokienna ściana bloku przy ul. Rusznikarskiej 12 w Krakowie wraz z otoczeniem
patronat: GALERIA POTOCKA

FORUM to projekt artystyczny, który odnosi się do anonimowości i braku więzi międzyludzkich w blokowiskach.
Na tym osiedlu mieszkają tysiące ludzi, a niewiele o nich wiadomo. "Forum" daje mozliwośc ujrzenia w przestrzeni nie tylko bloków, ale ludzi i ich historii.Czy to się uda? Przekaż to, co dla Ciebie ważne.
Wlącz sie do Forum - zostaw swój post.
Prześlij tekst, pamiętnik, blog wiersz, zdjęcie czy film na adres: forum@amsg.pl
 
Blokowisko to miejsce anonimowe. Tu toczy się, poukładane piętrowo życie wielu ludzi. Jednostek bardzo różnych, którzy znaleźli się obok siebie w roli sąsiadów, z powodu przydziału jaki dostali, z przypadku, z wyboru. Ludzie ci, poruszają się pomiędzy blokami, nie pozostawiając po sobie śladu i znikają za drzwiami mieszkań. Przestrzeń publiczna otaczająca te wielorodzinne domy, przenośnie rzecz ujmując, nosi w sobie nie uobecnioną wartość myśli, zdarzeń i obrazów, które niosą w sobie Ci, którzy przemierzają je codziennie. FORUM ma stać się możliwością takiego uobecnienia. Ma być próbą przeniknięcia przez opakowanie ścian do rzeczywistości jaka się za nimi toczy.
Podczas finisażu pokazane zostaną wszystkie wypowiedzi tworząc rodzaj zamkniętego pamiętnika. W oczekiwaniu na głosy mieszkańców, artystka wyświetla krótkie filmy nakręcone na osiedlu i odnoszące się do ludzi, zdarzeń i życia w blokowisku.
 
Wpisałam dziś następujący komunikat:
"Pozdrawiam wszelkie ludzkie i ciepłe więzy na krakowskim osiedlu z Paryża!!!"
Najbardziej podoba mi się określenie:
"Miejsce: krakowskie osiedle wraz z otoczeniem oraz internet"!...
Co Państwo na to? 
 
17:22, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
Jeszcze Wiedeń: "small talk"-i wernisażowe, Marcin Maciejowski i język niemiecki oraz inne ciekawostki...

Jak powszechnie wiadomo wernisażom towarzyszy zawsze mnóstwo okoliczności towarzyskich i interesujących tematów. Jedną z najciekawszych rozmów, jakie odbyłam, z kuratorką wiedeńskiego Kunsthalle, doktor Sabiną Folie (o powieściowym imieniu i naziwsku!...), dotyczyła wystawy, którą zorganizowała niewiele wcześniej na temat związków między twórczością Kantora a pracami Kozyry, Żmiejowskiego, Althamera, Kuśmirowskiego... Pomysł ten wydał mi się na tyle nieoczekiwany (choć nie pierwszy raz moi zagraniczni rozmówcy dokonują takich porównań, ponadto była też wystawa w Zachęcie, choć jej profil był chyba nieco inny), że zapytałam jakiego typu związki leżały u podstawy takiego połączenia. Dla Sabine "torture art" (performance, teatr cierpnienia i śmierci) spod znaku Kantora ma swoje przedłużenie w ustawicznym doświadczeniu "humiliation" obecnym u Kozyry (np. w performensie "Dreams comme true", gdy pada ona na scenie jako skompromitowana operowa diva) czy u Żmiejwskiego (torutry i uopkorzenia zadawane innym w wideo "8064" czy eksperymencie "Powtórzenie"). Jakie to ciekawe!... Oczywiście pewien styl pracy wynoszą oni z pracowni Kowalskiego, ale powiedziałam do Sabiny, że co jest ważne, to być może fakt, że w ogóle bycie artystą w takim kraju jak Polska dzisiaj może być ciężkie i upokarzające...Od niedawna życie publiczne w Polsce jest rodzajem ciągłego rytuału pogardy i ceremonii "humiliation" na różne sposoby. Powiedziałam jak ważny dla Kozyry był fakt, co wyznała w jednym z wywiadów, że odgrywanie operowej divy było dla niej odreagowaniem poczucia osaczenia i wykluczenia, w jakie wpędziła ją polska prasa za karę, że "przebrała" się za mężczyznę, po pamiętnym weneckim biennale (i nawet nagroda za "Męskę łaźnię" nie mogła jej przed tym uchronić). Polski artysta, a już zwłaszcza artystka, może z łatwością odegrać rolę kozła ofiarnego. Najlepszy dowód, że nieodtańczoną do końca przez Kozyrę partię ofiary, odtańczyła ..do końca...wszak Nieznalska. Wydaje mi się, że nieodzowną sprawą dla rozumienia genealogii sztuki tortury i upokorzenia na polskiej scenie artystycznej lat 2000 jest proces i skazanie Nieznalskiej. Co ciekawe, dla Sabine sprawa Nieznalskiej nie była dobrze znana, podobnie jak jej łączność z transgresją Kozyry. Przypomniały mi sie słowa francuskiego komisarza dawnego sezonu polskiego, Guy'a Amsellema: mówić o Nieznalskiej cały czas, wspominać jej sprawę nieustannie...

Nasze "małe rozmowy" na wernisażu: stoję w towarzystwie Sabine Folie i Adama Adacha (na tle "Ministerstwa Edukacji" - podskórnego niezamierzonego bohatera większości zdjęć...)

Jednak zanim udaliśmy się wieczorem do galerii zwiedziliśmy z Adamem małą wystawę Jenny Holzer w wiedeńskim muzeum sztuki stosowanej Vienna MAK, będącym filią Museum for Art and Architecture z Los Angeles. Piszę o tym dlatego, że praca Holzer odnosi się do 11 września, a właśnie o jego rocznicy i echu w sztuce nie dalej jak tydzień temu pisałam. Pierwsza część "For New York City" (2004) to wideo z widokiem wielkomiejskich budynków, na które wyprojektowane są dwa teksty: jeden fundamentalistyczny, a drugi cywilny (powtarzają się słowa "to kill" i "live"). Drugi "For City (for Vienna)" (2005) to pokój, w którym wyłożono ogromne poduchy a na ścianach projektowane są ogromne litery, układające się w nie do końca dające się odczytać wersy, ale odcyfrowalne słowa to np. "liebe" i "welt" ("miłość i "świat")...

 

 

Wernisaż Adama był także ciekawy ze względu na sąsiadujące z nim inne doniosłe wydarzenia. (Nie tylko w Paryżu - wielki sukces! - 13 września w Pomidou otworzyła się duża wystawa Pawła Althamera - ze względu na to, ze przygotowała ją Joanna Mytkowska polskie media o tym donosiły. Nie mogłam być na tym obecna, ale poprosiłam jedną z biorących w niej udział młodych artystek francuskich o komenatrz właśnie do mego blogu, więc zobaczymy!...) W Wiedniu tymczasem wystawa Ewdarda Krasińskiego właśnie się skończyła, za to 2 dni przed Adamem było otwarcie w innej prywatnej galerii Galerie Meyer Kainer kolejnego już tutaj pokazu Marcina Maciejowskiego (ta sama galeria pokazywała na początku tego roku Bogacką).

Udałam się tam niezwłocznie, jednak, gdy poprosiłam panią o wszelkie materiały po angielsku usłyszałam w odpowiedzi, że "tu jest Wiedeń, który jest stolicą Austrii i tu się mówi po niemiecku!..." "Nie wątpię" - pomyślałam ("Ratunku!...mój niemiecki w regresie!..."). "Jednak tytuł wystawy - I Used to live in Vienna - jest po angielsku...!..." - udało mi się głośno wyszeptać, ale pani tylko prychnęła... Pomyślałam, że może gdy okażę nieco inne nastawienie, wskóram więcej. "Co jeszcze zostało do kupienia?..." - zapytałam. "O już niewiele!..." - pani zdecydowanie się ożywiła - Oprowadzić Panią?"... W ten sposób w asyście młodej austriackiej liderki rynku sztuki obejrzałam prace krakowskiego artysty (który przebywał w Wiedniu na stypendium i "dlatego wszystko sprzedane, proszę pani..."), a zamiast tytułów podawano mi ceny. Faktycznie, niewiele zostało. Trzy prace, spośród których najciekawsza to malarska kopia archiwalnego zdjęcia "Tadeusz Kantor (Wystawa Sztuki Nowoczesnej, 1948)" z 2006 roku. Na wręczonej mi liście - a warto zaznaczyć, że w Wiedniu nie umieszcza się tytułów ani nazwisk przy obrazach, przy wejściu do galerii czekają specjalne listy, przy pomocy których widz lub klient sam oprowadza się po galerii - jego tytuł napisano jako "Wystawa Sztuki Nowoszesne"... "Nie wątpię" - pomyślałam znowu, a głośno dodałam: "32 tysiące euro to rzeczywiście atrakcyjna cena jak za taki ciekawy obraz, dziękuję Pani..."

(Mogę zdradzić jedynie, że z tego co pamiętam, tyułowy obraz wystawy Maciejowskiego - nie wiedziałam jak po niemiecku poprosić o kopię na CD albo o zrobienie zdjęcia...- to taka wersja komiksowej scenki z arystokratycznym pałacem na środku, z którego wyrastają dwie chmurki: "I used to live in Vienna, but now I live in Los Angeles and my collection follows me there..." a z drugiej strony z innego okna takie słowa: "In Austria every year all nationals museums have 70 milion euro..." Nie jestem pewna czy czegoś nie pokręciłam... ).

Jednak wbrew temu co można by myśleć, gdy zasięgnęłam języka na wernisażowej kolacji (a miałam za sąsiadów jednego kolekcjonera i jednego dyrektora prowincjonalnego muzeum w niemieckiej Bawarii), okazało się, że w przekonaniu Austriaków Wiedeń nie jest dużym rynkiem sztuki... Pytaniem czy nie mają wrażenia, że Wiedeń staje się dzisiaj artystyczno-rynkowym centrum między Europą Zachodnią i Wschodnią, które promuje i "wypuszcza" np. polskich artystów w świat, wyadwali się być zaskoczeni... Analizowali rolę Berlina, który w bardziej naturalny sposób mógłby pretendować do tego miana, jednak jak sami dodawali, nie jest on tak bogatym miastem jak Wiedeń... Jednym słowem takie postawienie sprawy (i fakt, że wielu polskich artystów z tego powodu chciało by mieć tu wystawę) nie było dla nich wcale oczywiste. W zamian dostawałam za to obsesyjne pytanie: "Jak to jest, że Polska ma obecnie tylu ciekawych artystów i taką dynamiczną scenę artystyczną w stosunku do innych krajów byłego bloku wschodniego?...". Kolejni moi rozmówcy wypowiadali się podobnie.Wszyscy dodawali, że podobno większy rynek sztuki jest w Bruskeli ... 

Może wszystko zależy od punktu widzenia...

Tymczasem okazało się, że wiedeński czwartkowy wieczór dla ludzi tropiących fenomen handlowania sztuką to raj... Wiedeńskie centrum podobnie jak krakowski rynek można obejść w parę minut i w każdy wybrany czwartek miesiąca w kilkudziesięciu galeriach otwierają sie nowe wystawy (podobnie z listami i cenami). Obejrzałam wiele z nich w asyście moich nowych przyjaciół, co było o tyle ciekawe, że w kolejnej galerii Christine König Galerie odbywał się wernisaż "Fighting Poland" ("Walcząca Polska"...) i był to mały pokaz warszawskiego "lokalu 30" z pracami video Zuzanny Janin, Tomasza Kozaka, Macieja Kuraka, Moniki Mamzety, Józefa Robakowskiego i Piotra Wysockiego. Niestety dotarłam tu na samą końcówkę, mam nadzieję, że i ten pokaz zakończył się sukcesem. Wszędzie było pełno ludzi, w galeriach i na chodnikach przed nimi, ale zrobiło się już późno, światła miasta pomału gasły...

Na zakończenie zamieszczam niecodzienne zdjęcia jakie wykonaliśmy wraz z Adamem podczas naszego wypadu do Vienna MAK na niezidentyfikowanym obiekcie artystycznym. Tschüss!!!

 

(Może piszę rzadko - och!moja technofobia!...- ale za to jak długo!...)...

01:13, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 września 2006
Adam Adach w Wiedniu: polityczna melancholia ...

A) Mam potworne kłopoty techniczne z zabraniem się do prowadzenia pełną parą nowej wersji bloga, B) Mnóstwo przeszkód związanych z przemieszczaniem się z miejsca na miejsce: B1) Siedzę własnie na końcówce wakacji u mojego męża w Brukseli, więc komputer tu jest jakiś "obcy", B2) Byłam właśnie w Wiedniu w zeszłym tygodniu na wystawie....C) Zabieram się wreszcie do dzieła - tyle nowych rzeczy domaga się napisania!...

 W zeszłym tygodniu Wiedeń był chyba europejską stolicą polskiej twórczości (w sensie młodej polskiej sztuki).... Udałam się tam na zaproszenie Galerie Nächst St.Stephan (koło katedry św. Stefana w samym centrum miasta...) należącej do Rosemarie Schwarzwälder na wernisaż wystawy Adama Adacha. Polski malarz żyjący we Francji (a od niedawna z powrotem w Warszawie) gościł juz w moim blogu nie raz: a to z okazji paryskich barykad (gdy sfotografowaliśmy sie na oblężonym placu Sorbony), a to jako jeden z dwóch polskich artystów (obok Romana Opalki!...) obecnych na mocnej wiosennej paryskiej wystawie "Force de l'art". Tym razem m.in. po Nowym Jorku i Zürichu otwierał duży pokaz najnowszych, namalowanych głównie w Warszawie prac w swej "macierzystej" austriackiej galerii. Dla mnie doświadczenie super ciekawe - towarzyszyć artyście (i przyjacielowi z "paryskiego bruku"...) w tak istotnym  wydarzeniu. Jednak okazało się ono dużym wyzwaniem z powodów językowych (mój niemiecki w całkowitym regresie...)... Zarówno przedoficjalny jak i oficjalny - dla publiczności - pokaz otwierało wystąpienie Roberta Flecka, dyrektora Deichtorhallen w Hamburgu, którego teksty na temat Adacha po angielsku, jak i po francusku znałam (wydaje mi się, że jest on jednym z krytyków najtrafniej ujmującym w słowach-kluczach wyobraźniową przestrzeń artysty), jednak teraz przyszło mi skapitulować wobec językowej bariery.

Robert Fleck przemawiający na wernisażu

Publiczność, a w głębi Rosemarie Schwarzwälder i Adam Adach

Skapitulować? No rzecz jasna nie wobec sugestywnych, trochę surrealistycznych obrazów otwierających wystawę:

Zarah Leander w swoim zenicie, olej na płótnie 90 x 145 i 90 x 70 cm

Antonina Traczyk, awangardzistka w układaniu cegieł, 90 x 145 i 90 x 70 

Wyprawa kapitana Blooda (1955), 90 x 145 i 90 x 70 cm

Tryptyk kobiecy otwiera także nowy wymiar w malarstwie Adacha. Nie tylko formalnie każdy obraz jest dyptykiem (tryptyk dyptyków...), ale także krzyżują się w nich palimpsestowe warstwy historyczne, antropologiczne i ...anegdotyczne... Żydowska aktorka robiąca karierę w nazistowskich Niemczech, Antonina Traczyk - mistrzyni układania cegły i nieznana ikona socrealizmu (Tomczyk w "spódnicy" komplementarny wobec bohatera z filmu Wajdy "Człowiek z marmuru") czy papuaska kobieta "odkryta" przez eurpejską ekspedycję podczas karmienia dziecka i prosięcia - to kobiece emblematy paradoksów historii. Ale także, prócz podskórnej przemocy, jej nieskończoności, nie odkrytych znaczeń. Nie przypadkiem pewnie firmują je kobiety, "przyjaciółki kosmosu", zawsze bardziej obce. Ich egzystencje mają często nie linearne znaczenia, mogą być znakiem otwarcia.  

Maszerujący Jozef Sigalin, 90 x 70

Z występu Flecka zrozumiałam jedynie dwa słowa: "Gesichte und Politik" (historia i polityka). Ale wedle zapewnień ujmujących uczestników wernisażowej kolacji - wiedeńskich ludzi sztuki i kolekcjonerów, których dzięki uprzejmości Rosemarie Schwarzwälder miałam okazję poznać (w rozmowie po ang. sic! - ale o tym za chwilę), słowa te okazały się kluczowe.    

     

Political Song, 70 x 50

I rzeczywiście - wraz z przeprowadzką (częściową) do Polski - Adach zdaje się porzucać wymiar prywatny i intymny obecny w jego wcześniejszych pracach. Trudno mówić teraz o jakichś konsekwentnych ciągach narracyjnych - wspomnieniowych czy prywatnych. Poetycki emblemat anonimowej brzozy jako metafory polskiego pejzażu intymnego, który wedle europejskich krytyków był podszyty holocaustowym podtekstem został zastąpiony przez wyraźne aluzje i anegdoty historyczne. Historia osobista nie wplata się już w historię oficjalną jak to było w okresie, w którym powstał cykl "Ostatnie lato" (pokazywane kiedyś w internetowym Obiegu), znajdujące się obecnie w zbiorach centrum Pompidou. Tym razem, wraz z powrotem do kraju, artysta zdaje się zastępować nostalgię przez obecność, a dystans przez rodzaj wyrazistego komentarza.

      

Ministerstwo Edukacji, 160 x 180 cm

 

   Ministerstwo Komunikacji, 160 x 180                               

 

                         

                            Ministerstwo zdrowia, 120 x 190

Trzeba też powiedzieć, że nie przypada ten powrót na łatwe czasy. Nowe płótna zdają sie przekonywać, że trudno tak po prostu odnaleźć się w polskiej rzeczywistości dzisiaj. A taki artysta jak Adach zawsze pozostaje aktywistą - aktywistą zbiorowej wyobraźni przypominającym to, co wyparte. Do niedawna nieobecny w polskim dyskursie publicznym holocaust występował tu na równi z pełną sprzeczności nostalgią za dzieciństwem w cieniu komunistycznych pomników "przeklętej epoki" ("ok, to był komunizm, ale to było także nasze dzieciństwo"...). Teraz "pominiki" ministerialnych gmachów wcielają więcej niz sprzeczność - jakieś polityczne napięcie, kafkowskie niebezpieczeństwo. Są też bezpośrednim odniesieniem do obecnych "pomnikowych" posunięć lustracyjnej polityki kulturalnej.

Adam był zawsze dla mnie malarzem pełnym dystansu, ale świadomym bardzo szerokich kontekstów. Obecnym przez pewien rodzaj intelektualnej i emocjonalnej obecności, wyjątkowej na polskiej scenie artystycznej dzisiaj. Jego najnowsze prace są dokładnym potwierdzeniem tego przekonania. Oprócz melancholii i  narracyjności charakteryzujących jego malarstwo wraz z historyczno-politycznym osadzeniem uwypuklającym się obecnie, dorzuciłabym tu jeszcze upodobanie do emblematycznej anegdoty, do zawieszonych scen, do rwanej opowieści. Czasami historia zamienia się w surrealistyczną groteskę.

Wyżej i wyżej, 160 x 120, 160 x 180 cm

Melancholijne pomniki przeszłości zamieniają się w emblemat obecnego-obcego świata w ruinie, świata przez który ciągle kroczy Anioł Historii Waltera Benjamina. W tej metaforze świata i katastrofy pozytywnego podsumowania chyba nie będzie.

Uwolnieni, 120 x 160

State Actors, 70 x 90 cm

Adam Adach, Stille Beobachtung (Cicha obserwacja), 15 wrzesień - 4 listopad 2006, Galerie Nächst St.Stephan, Wiedeń, www.schwarzwaelder.at

21:34, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 września 2006
Wspomnienia z wakacji (2): Wenecja i Palazzo Grassi...

  Wenecja! Czy istnieje piękniejsze miasto?!... George Sand, jak i Marcel Proust byli zdania, że nie, Francois Mitterand kochał jej melancholię... "Śmierć w Wenecji"... Tomasz Mann umieścił tutaj w ogromnym gmaszysku hotelu na Lido swojego podupadłego bohatera ścigąjącego w kleszczach beznadziejnego pożądania widmo polskiego chłopca Tadzia - stary świat ginął w przedwojennej dekadencji, ustępując miejsca nowemu, wcale nie doskonalszemu... Jeanette Winterson we współczesnej powieści "Namiętność" przywróciła pełną przepychu historię najbogatszego kiedyś miasta świata, wplatając w nią romans dwóch kobiet: bogatej arystokratki i ...gondolierki... Kiedy pływając po kanałach zapytałam naszego gondoliera czy kobiety także prowadziły gonodole (mijaliśmy właśnie wedle naszego znamienitego przewoźnika dom Casanovy - "the great Italian lover"...), namyślał się dłuższą chwilę, po czym odparł: "Today women want to make every thing what men used to do, but this is not ok. They are women's things and they are mens things and they are not the same..." Zrozumiałam, że nie czytal Winterson i nie ma raczej na ten temat zdania...

 

Oprócz biennale sztuki (i festiwalu filmów, który sie właśnie zakończył i na którym w tym roku Piotr Uklański pokazywał film...) Wenecja proponuje dzisiaj luksus w wersji twórczości. Oprócz znanej filli Muzeum Peggy Guggenheim z XIX-wiecznym malarstwem awangardowym (na zdjęciu to ten biały budynek, który właśnie minęłam w wodnej taksówce...), od niedawna możemy tu ogłądać kolekcję Francois Pinault, która nie znalazła spokojnej lokalizacji we Francji. O wystawie "Where we are going" przygotowanej przez młodą kuratorkę z Centrum Pomidou Alison Gingeras pisałam już wcześniej, po jej kwietniowym otwarciu (miejmy nadzieję, że archiwum poprzedniej wersji bloga wkrótce się odnajdzie na łączach...). Tym razem miałam okazję je zwiedzić!...

Tak wygląda "Balonowy piesek" Jeffa Koonsa od środka, widziany z wewnętrznego dziedzińca, a tak muzeum prezentuje sie nocą, wraz z zewnętrzną instalacją, nie widoczną w dzień:

 

Do tematu "moda i sztuka" dodam chętnie, że w komitecie honorowym Palazzo Grassi, na którego czele stoi oczywiście francuski biznesmen Francois Pinault znajduje się także Muccia Prada...

Rozważaniami na temat tego czy duże prywatne kolekcje nie odbierają chleba narodowym muzeom oraz w jakim charakterze należy je pokazywać (wielka dyskusja toczyła się na ten temat we Francji...) nie będę się  zajmować tutaj, choć bez wątpienia są to ważne nadal kwestie. Jednak ważniejsze było dla mnie samo obejrzenie wystawy, a najciekawsze potwierdzenie związku, o którym czytałam juz w recenzjach, między wrażliwością kolekcjonera a sposobem istnienia sztuki w jego orbicie. Zwłaszcza, że pan Pinault jest bardzo na swej wystawie obecny. Nie tylko w końcu sam tytuł wystawy "Where we are going?" nawiązuje  do klasycznego dzieła Gaugaine'a ("Skąd przychodzimy? Kim jestesmy? Dokąd idziemy?"), ale motyw wanitatywny został także  powtórzony w otwierającej pokaz pracy Piotra Uklańskiego wykonanej specjalnie do zbiorów pana Pinault (Untitled (Monsieur Francois Pinault), 2003), która jest pokolorowanym radiologicznym zdjęciem czaszki znanego kolekcjonera...Tym sposobem stał się tworzywem sztuki, on sam i hołd oddany mu przez skupionego na nim artystę...  

Rzeczywiście wydaje się, że pan Pinault ma bardzo wyrazistą kolekcjonerską osobowość i wyróżnieni w opisach prasowych jego ulubieni artyści oddający coś z jego własnych obsesji rzeczywiście zostają na tej wystawie uhonorowani. Zwłaszcza naturalistyczny Damien Hirst i ekcentryczny David Hammons.

 

Poćwiartowana krowa z pracy "Pewien komfort uzyskany z akcpetacji inherentnego wiecznego kłamstwa" (1996), szkielety zwierząt jako parodia ewolucji z pracy (uwaga!:) "Where Are We Going? Where do We Come From? Is there a Reason?" (2000-20004) czy gablotka leków z pracy "Nieskończoność" (2001) świetnie oddają zamaskowaną niepewność współczesnego świata techniki, dobrobytu i wygody... I współgrają z ironicznym marginesem, z którego wypowiada się David Hammons:

Ekskluzywna wersja glamour tablicy do koszykówki (Untitled, 2000) - symbolu wykluczenia murzyńskiego getta, któremu artysta składa hołd czy mikrofony z pracy "Which Mike Would You Like to Be Like?" (2003) pokazują, że dwubiegunowy rasizm ciągle zarządza zachodnią (białą) wyobraźnią. Uwielbienie dla czarnoskórego gwiazdora koszykówki czy znanego piosenkarza nie oznacza prawdziwej tolerancji. Pomnikami wykluczenia stają się także ironiczne koty leniwie drzemiące na afrykańskich bębnach o surrealistycznych rozmiarach (High Level of Cats, 1998).

   

 

 

Praca Hammonsa "Forgotten Dream" (2000), pokazująca wywindowaną do sufitu ślubną suknię vintage spotyka sie gdzieś z pracami Cindy Sherman pokazanymi w nie odległej sali, o której recenzenci francusscy wystawy nie wspominali, a która dla mnie jest naturalna i organiczna kontynuatorką rzeźby kolekcjonerskiej wrażliwości pana Pinault. Zdjęcia z okresu "pornografii i groteski" (seria: Untitled, 1992) w znakomity sposób uzupełniają deziuluzję ludzkiego pragnienia samowystraczalności i egoistyczną zakłamaną wizję spełnienia. U Sherman pornograficzne ciało przypomina tragiczną groteskę zalanych formaliną fragmentów krowy zaklętych niczym w przedpotowym bursztynie. Pornografia jako parodia techniki i prawdziwej cielesnej narracji jest tyleż samo znakiem wyzysku i wykluczania kobiet, ile nieudolną walką o nieuchwytną dominację nad znaczeniem i pragnieniami.   

 

 

 

 

W muzealnej kawiarni wiszą zdjęcia artystów:

 

Cindy Sherman 

Maurizio Cattelan

Jeff Koons                                      

 i Pablo Picasso mieszający sałatę w zapowiedzi kolejnej wystawy - "Pablo Picasso, radość życia" - otwarcie przewidziane na 11 listopada...

 

04:15, agata_araszkiewicz
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 września 2006
"Ocalić Manhattan": 11 września...
 Dzisiejsza data, chce się czy nie, od paru lat kojarzy się w sposób zdecydowany. Samoloty wbite w World Trade Center - prawie każdy pamięta gdzie i z kim to oglądał i co wtedy robił (ja po przerwaniu feministycznej narady przed prezentacją na konferencji w Berlinie działalności związanej z Manifami całą kupą wraz z koleżankami przyjechałam do mnie włączyć CNN...). Terroryzm, wojna, hipermediatyzacja, imperializm, zakłócona równowaga globalna, konflikt cywiliacji, niedorozwój Trzeciego Świata, alterglobalizm - wszystko cisnęło się na usta...Dziś kolejna rocznica i świat obiegają filmy dokumentalne m.in.o pasażerach lotu 93, którzy podjęłi na pokładzie rewoltę przeciw terrorystom czy wielka hollywodzka produkcja Oliviera Stone'a o dwóch strażakach, którzy przetrwali pod gruzami. Przed narracją heroiczną parę lat temu dokument Michela Moore'a czy francuska powieść Fredericka Beigbedera próbowały przynieść krytyczną analizę wydarzeń: oskarżyć rozkład amerykańskiej polityki, uruchomić spojrzenie alteglobalistyczne, które jednak okazywało się bezradne wobec tragedii... Niezależnie od obozu, w którym jesteśmy - czy z Orianą Falacci i Huntingtonem czy po stronie bardziej demokratycznej lub wręcz pacyfistycznej - trudno nie uznać, ze wraz z tym atakiem rozpoczęła sie nowa epoka (myślenia i wojny?...)...

Ja wybieram dwie artystyczne wypowiedzi, dwa komentarze do tego wydarzenia.

Pierwszy to praca wideo francuskiego artysty młodego pokolenia Laurenta Grasso zatytułowana "Projekcja" z 2005 roku, przedstawiającej chmurę dymu przesuwjącą się ulicami (Paryża?...) w takt pogodnej muzyki. Jej kadr wygląda następująco:

A drugi to dwie instalacje arabskiego artysty, urodzonego w Tangerze a pracującego we Francji, Mounira Fatmi'ego:

Zatytułowane są kolejno: "Save Manhattan 02" i "Save Manhattan 01", pochodzą z lat 2004-2005 i 2003-2004 (pierwsza posługuje się kasetami vhs, a druga książkami - uwaga! dwie wieże tworzą dwa tomy Koranu...).

Pokazu obu prac odmówiono w Nowym Jorku, przed wakacjami pojawiły się w jednej z paryskich galerii. Tak naprawdę tytuł "Ocalić Manhattan" brzmi trochę jak z Woody Alena albo kolejny odcinek serialu "Sex in the City"...

Don't u think?...

18:43, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »