RSS
czwartek, 26 listopada 2009
Słowianie w Tatarstanie

 Kolektyw artystyczny Slavs and Tatars gościł już w moim blogu, ale teraz okazja nadarza się kolejna. Występ grupy na warszawskim festiwalu Wola Art, który w tym roku jest poświęcony tematowi granic przestrzeni. Granice, i te mentalne i geograficzne, symboliczne i historyczne, otwarte jak rany i zabliźnione to stała obsesja eksponowana przez Slavs and Tatars, którzy zajmują się przypomnijmy fantazmatycznym obszarem na Wschód od dawnego muru berlińskiego i na zachód od Muru Chińskiego.

Ich propozycja tym razem to "Podróż do Tatarstanu" - szukanie śladów polskich Tatarów, za przykładem niezwykłej polsko-tatarskiej postaci Karola Buczyńskiego, który jako aktor Charles Branson zrobił karierę w Hollywood, grając głównie w westernach....

Slavs and Tatars eksplorują interferencje między Zachodem i Wschodem z wielkim wdziękiem. Niedawno uczestniczyłam w Brukseli w ich performansie zatytułowanym "Hymns of no Resistance"... Okazuje się, że kulturowa ekspansja może znaleźć opór właśnie wtedy, gdy z pozoru się go nie spodziewa. Performans polegał na tym, że na scenie kurdyjska orkiestra muzyki tradycyjnej odegrała na orientalnych instrumentach parę zachodnich przebojów ... zmieniając lekko słowa.

 

 Kurdyjska The Orient Orchestra i lider Slavs and Tatars Payam Shariffi na scenie brukselskiego Kaai Theater

 Niby no resistance ale jaki power!... Oceńcie sami fragment "sporu o nazwę" do muzyki Gershwina...

 

The Orient Orchestra i Slavs and Tatars w wersji przeboju "Let's call all thing off" (proszę oglądać i słuchać z głową położoną na lewym uchu!)

 Frontmenem i liderem Slavs and Tatars jest Payam Sharifi - artysta, designer i lobbysta aktualnie przenoszący się z Moskwy do Paryża. Miałam przyjemność w wakacje zobaczyć Moskwę oczami Payama z okien jego gościnnego, uroczego mieszkania w ... jednym z Pałaców Kultury. Nigdy nie zapomnę pierwszej kolacji na dachu synagogii w restauracji azerskiej na Patriarszych Prudach...Było to nie mniej surrealne niź Anuszka, która wylała olej na torach tramwajowych, jak zaczyna się akcja "Mistrza i Małgorzaty" Bułhakowa...

  

Payam Shariffi w "Fantastic Man" na Kremlu i w moskiewskim metrze

Mimo dzieciństwa spędzonego w Teksasie, młodości na uniwersytetach w Nowym Jorku, Londynie i Paryżu, wydaje mi się, że mało kto kocha i rozumie Moskwę jak Payam, który uważa, że zawdzięcza to swym irańskim korzeniom... Czasopismo Fantastic Man w numerze letnim poświęciło Misterowi Shariffi i Moskwie parę stron - nie moge się oprzeć, aby nie załączyć tu paru zdjęć. Payam jako artysta metroseksualny (w duchu poszukiwań Karola Radziszewskiego) między Wschodem i Zachodem - zwłaszcza, że jedno ze zdjęć wykonane jest na stacji moskiewskiego metra... :)))))    

 

Payam Shariffi w "Fantastic Man"

 MiastoProjektWola, festiwal Wola Art, 20-30.11.09, kuratorzy Sylwia Szymaniak i Sarmen Beglarian

Slavs and Tatars, "Hymns of no Resistance", Kaai Theater, październik 2009

"Fantastic Man", summer 2009

02:09, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 listopada 2009
Dwurnik (ja) i ciąża (2)

Chciałam lekko uzupełnić wpis o ciąży u Dwurnika, ale okazał się on za długi, więc musiał zostać rozbity na połowy. Oto część druga:

Doświadczenie bycia sobą i nie sobą w tym stanie najsilniej dominowało mnie, gdy sama zgodziłam się pozować do ciężarnej serii. Wbrew przyjętym tradcyjnym wyobrażeniom ciąża nie jest stanem pasywnym (wielkim odkryciem było dla mnie zrozumienie, że płód a potem dziecko znajdują się cały czas w ruchu i to w akrobatycznym w ruchu. "W brzuchu jest super dyskoteka" - mówiła lekarka - "break dance i dirty dancing bez przerwy"). Zastnawiałam się co z tej nie-pasywności przedostanie się do obrazu. Do dzisiaj nie wiem czy jestem na nim sobą czy nie? Z wrażenia siły, którą chciałam emanować, została jakby raczej wątpliwość (którą także kocham, może nawet bardziej - jest prawdziwsza...).

 

Edward Dwurnik, Agata i Pomme, 2009

Zdecydowałam, że najlepiej poprosić o komentarze do tego obrazu wielu przyjaciół (przez maila i na Facebooku). Oto one:

Ela: jesteś bardzo zamyślona
Joanna: tu chodzi o ciężkość i pracę ciała, i to super
Mathilde: this portrait is gorgeous!!!...I am jalous...
Michał: obraz piękny, więcej tu melancholii niż radości z życia poczętego...
Maksym: ponadto pozwole sobie zwrocic uwage na dwa buldogi u Twych stóp :-), nie bez znaczenia symbolizujace wierność, przyjaźń i czujność! 
Katarzyna: minę masz moze malo zachwyconą, wygladasz troche jakby twarz byla pod ciezarem podwojonej egzystencji, ale za to krzeslo lewituje;-)!! To robi wrazenie. Piekne dyniowe, nawet w kolorze, cialo, i lewitujace kszeslo, jakby jakies moce Cię unosily! No i te pieski, jak atrybuty Bogini.
Adam: To prawda ze wyraz twarzy jest wiecej niz smutny (moze dlatego ze nie masz tych pieknych sukienek ktore odrozniaja cie od pin upow;)
ale brzuch jest lepszy taki pelny..., no a psy-najlepsze- w tej
pustce...oczekiwania na Pomme nie wiedzac ze mala bedzie je tarmosila
za uszy;... wolalem dwurnika gdy byl bardziej nikiforowy,ale w tym tez jest cos - dramat, haha
Krytyk z Warszawy: co do dwurnika to widze,ze zmienia maniere,
to niedobrze, bo u niego rozpoznawalny styl byl wszystkim, a tu jakby troche waliszewski, troche z maniery mlodego malarstwa, hmm, nie widze tego dobrze bo male zdjecie, ale zapewniam cie, ze w rzeczywistosci jestes duzo ladniejsza w ciazy!!! mi sie bardzo podobalas jak cie widzialem i wygladalas kwitaco - uwielbiam kobiety w ciazy!!! szczerze mowiac to najlepiej wyszly mu psy, a tobie moglby odjac te "wasy", "brodke" i bloto z nog!!!! moglby sie przynajmniej w typowy dla siebie sposob podpisac, zeby bylo wiadomo, ze to on i ze masz faktycznie dwurnika ;-))) no skandal po prostu skandal ;-)))
 
Helen: How lucky you are to have your personal painter. Will he go on working with you?  
Ayan: C'est tres beau! 
Monika: Kolorystycznie i kompozycyjnie bardzo ładny obraz. W ciązy, ale widac, że góra nie ciężarna jest szczupła i "końcówki" tez. Myśle, ze każda dziewczy na ciązy troche przezywa zmiane figury, to normalne.
 Fredek: Nie to nie czolg...ale raczej wygladasz troche jakbys przed chwila urodzila swego czarnego psa Paris:)  
I ja na koniec (w tej korespondencji): Urodzila Paris??? Skad wiesz ze mi sie to wlasnie snilo???? ze urodzilam Paris...i zastanawialm sie po co mi druga. Ale znowu jakbym urodzila, to skad ten brzuch ciagle wielki? Starsznie niepokojace. Jest dla mnie coś z das Unheimliche (czegos, co niepokojąco niesamowite, jak pisal Freud) w tym obrazie i moze wlasnie to jest dobre... (Ta mozliwosc urodzenia psa, mozliwosc minotaura, zwierzaco-ludzkiego potwora, czegos co organiczne, straszne, czego moze o sobie wiedziec nie chcemy, ale znowu co zyciodajne, zawsze inne, zawsze zasilające, potrzebne, trauma itd. Moze w tej epopeji ciazowej jest tylez przerazenia co triumfu? Jak w obsesji aborcji. Jestem i wygladam jak robotnica, robotnica ciala, ciezkie nogi itd, ale jednak rodzaj wykwintności...)
 
I jeszcze, ze z tym brzuchem czujesz sie pelna jak dynia, ale ktora nagle jest karoca, wiesz, a nigdy nie byla...
 
 I niech będzie, że ja w ogóle tak na koniec...

www.dwurnik.pl
 

 

03:42, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
Suri na obcasach

  A oto inna dziewczynka, która w wieku kilku lat, robi sporo szumu... Córka Toma Cruise'a i Katie Holmes, zamiast chodzić do przedszkola, ma blog o modzie, choć raczej jest to blog jej fan-clubowiczy, oficjalnie, o ile się orientuję, nie-dementowany. Ostatnio szeroko były dyskutowane jej "wysokie obcasy"...   

 

 

 

http://suricruisefashion.blogspot.com

03:01, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 listopada 2009
Malutka Brooke

  Malutka Brooke tymczasem miała szansę odnaleźć się w Brukseli, gdzie odbywa się właśnie intrygująca wystawa fotografii Controverses. Une histoire juridique et ethique de la photographie (Kontrowersje. Historia prawna i etyczna fotografii) - pokaz kilkudziesięciu zdjęć, które na różne sposoby wstrząsnęły światem. Przypomnijmy - fotografia 10-letniej Brooke Shields, zamówiona przez jej matkę (Garry Gross, Bez tytułu, 1975) - została ocenzurowana na londyńskiej wystawie POP LIFE ze względu na aferę związaną ze sprawą Romana Polańskiego. W Brukseli tymczasem wśród fotografii wojen, terrorów, rewolucji, czystek i głodu zwracają uwagę te związane ze skandalami obyczajowymi - jak właśnie wzmiankowane zdjęcie. Wykonał je Garry Gross w ramach projektu The Woman in the Child, nad którym wtedy pracował. Za sumę 450 dolarów od Playboy Press - partnera projektu - matka Brooke Shields zcedowała na niego wszystkie prawa. W 1981 roku aktorka rozpoczyna batalię o odzyskanie praw do użycia zdjęć i przez wiele lat procesuje się z fotografem z różnym skutkiem. W 1992 roku Richard Price nabywa prawa do zdjęcia od jego autora i wystawia je pod tytułem Spiritual America, czyniąc istotnym nie tylko samą fotografię, ale także kontekst jej rozumienia i znaczenia. Dziś nadal sprawa nie jest jednoznaczna. Charaketrystyczne, że motyw nagiej dziewczynki "prześladuje" bruskelską wystawę cały czas - jest to praktycznie odrębny jej podskórny wątek (a może tylko ja mam takie złudzenia?). Od czasów słynnych fotografii Lewisa Carolla sprawa pozostaje znana - czy starszy mężczyzna (czy oczy satrszego mężczyzny, jakimi patrzy na te ciałka społeczeństwo) mają prawo w majestacie oglądać to, co oglądają i co one właściwie chcą widzieć?

Lewis Carrol, Alicja jako żebrzące dziecko, 1859

 

 Garry Gross, Bez tytułu, 1975

Irina Ionesco, Eva, Pałac Muchy, 1970

Społeczeństwo napewno nie patrzy na te zdjęcia oczami dzieci. Taka zresztą byłą linia obrony jednej z kontynuatorek prawdziwego "ruchu" w fotografii, rozpoczętego przez zdjęcie Shileds, Maud Hewes. Uznanie, że zdjęcie jest obsceniczne oznaczało by uznanie, że moje dziecięce nagie ciało jest takie - czy to możliwe? Z drugiej strony dlaczego nadeksponuje się ciała dziewczynek? Na wystawie nie było ani jednej fotografii eksploatającej ciało młodego chłopca - jedyna męska nagość pojawiała się na zdjęciu tyłów nagich mężczyzn z Abu Grahib zdominowanych przez strażnika-kobietę i na autoportrecie (także zresztą analnym) Roberta Mappelthrope'a.

 

 Graham Ovenden, Maud Hewes, 1984

Jock Sturges, Christina, Misty i Alisa, Północna Karolina, 1989 

Annelies Strba, Sonja w kąpieli, 1985

Czy kuratorzy odwzorowali tu nieświadomie swoje przed-sądy widzenia? Nadmiernie skupili się na wizualnej eksploatacji ciała dziewczynki, "naturalizując" te nagość trochę przy okazji? Nie stawiając pytań o sposby widzenia ciała w zależności od wieku i płci.

Mimo wszytsko nagość dziewczynki ma w sobie coś z nadużycia, jest podszyta przemocą, rodzajem przekroczenia. Tak jak na poniższych zdjęciach, które dopowiadają do obrazu tej nagości coś istotnego. Jednak czy skaza nie jest w spojrzeniu? W kulturze, która przyznaje dziewczynkom miejsce bardziej podatne na zranienie, mniej bezpieczne?

Nick Ut, Mała dziewczynka z Trang Bang, Wietnam, 1972 

Anonim, Pogrom, prawdopodobnie we Lwowie, 1941

Mi najbardziej podobała się fotografia wykonana przez dwie małe dziewczynki-spiskowczynie prawie wiek temu, na której ukazuje się jednej z nich wróżka-elf. Fotografia ta, poczytywana za autentyczną, narobiła sporo szumu w epoce. Choć zmarły jako starsze panie, obie do końca utrzymywały, że zdjęcie jest prawdziwe.  Duch Pipii Langstrumpf oraz Leonory Carrington - surrealistycznej autorki powieści o nieposłusznej staruszce z brodą, która płata figle niech opiekuje się ich duszami!

 

 Frances Griffiths, Wróżka daje kwiat Iris, 1920

 

Controverses, Le Botanique, Bruksela, 24.09.09 - 3.01.10

20:45, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 listopada 2009
POP LIFE i Polesploitation

 Wszystko wskazuje na to, że do polskiego kompleksu martyrologicznego będzie można wreszcie dopisać nowe orzeźwiajające znaczenie!!! A wszystko za sprawą Piotra Uklańskiego, do którego prac na londyńskiej wystawie POP LIFE, został dopasowany wreszcie odpowiedni termin POLESPLOITATION!!!...

Nie jestem pewna czy jest to tytuł dodany przez samego artystę do serii Untitled, pokazywanej już kiedyś w Wiedniu jak mi się zdaje i do której nawiązywała zeszłoroczna wystawa "Biało-Czerwona" w Nowym Jorku (z daleka pisałam o niej tutaj)? Czy raczej nazwa sali poświęconej Uklańskiemu, w której wystawiani są Naziści i właśnie Untiled, otrzymała taki dodatkowy przydomek od londyńskich kuratorów? W każdym razie CHAPEAU BAS!

vienna

 widok wiedeńskiej wystawy na jesieni 2007

opis sali Uklańskiego w Tate Modern prezentującej Nazistów i Untitled 

Polespoloitation albo w moim tłumaczeniu Polskeksploatacja to domena eksploatacji polskich nardowych mitów, ich śmieszności, ograniczenia, ale i dziwnej siły. W dobie, w której Prezydent RP umieszcza na swej stronie internetowej rodzaj Śpiewnika Polskiego, gromadzącego polskie pieśni patriotyczne - nawet te najbardziej kiczowate i ckliwe - pytanie o eksploatację narodwych mitów na przykładzie Polski ma coś na rzeczy! Epigońska poezja romantyczna znowu górą - znowu górą ten wtórny zapiew, którym zalano polskie struny po utracie niepodległości z górą dwa wieki temu. Poczucie krzywdy i brak myślenia formą, dufne przekonanie, że poszkodowanym powinno się zadośćuczynić z urzędu, brak myślenia perspektywicznego i zdolności do samoorganizacji, przerważliwienie i urazowość na własnym tle, niechęć do i zaniechanie konsruktywnego działania - to tylko niektóre aspekty efektu dumnych epigońskich akordów. Jakże żywo brzmiących!

 

Wystawa "Biało-czerwona" mieszała fragmenty narodowych mitów i szczątki symboli z elementami kultury kibiców, pytając trochę w przestrzeń czy nad tym szałem znaczeń, tak bardzo aktualnym dla nas dzisiaj i tak dobrze opisanym choćby w książce (i filmie!) "Wojna polsko-polska pod flagą biało-czerwoną", ktoś jeszcze panuje? Londyńska wystawa POP LIFE. Sztuka w materialnym świecie śledzi te trendy w sztuce, które - oczywiście od czasów Warhola - poza sztukę wychodzą, a zarazem ją żywią jeszcze mocniej, te trendy sztuki, które romansując z komercją, pornografią, populizmem, koniunkturą, przewiercają zawsze ich znaczenia, choć same ocierają się o mentalną korupcję. Jak sztuka wychodzi z tego bez szwanku? Tylko wracając w domenę sztuki - real pop life jest dobry na romans, nie nadaje się na życie....

rekonstrukacja Pop Shopu Keitha Haringa na londyńskiej wystawie

Naturalnych rozmiarów rzeźby Jeffa Koonsa pokazujące jego stosunek z jego byłą żoną - aktywistką polityczną i aktorką porno - Cicolliną, niezliczone rozmowy i okładki tygodników dokumentujące obecność w mediach Warhola, który "wywiadu nie odmówiłby nawet psu" aż po jego seriiografie z diamentowym pyłem a także kolekcja okładek jego własnego magazynu ... Interview...), Pop Shop Keitha Haringa - kultowego artysty lat 80-tych posługującego się stylem rysunków z metra - czyli otworzony w Nowym Jorku w 1986 roku sklepik z artykułami opatrzonymi "obrendowanym" stylem, fascynująca seria Spiritual America Richarda Prince'a, której sztandarowym przykładem jest fotografia 10-letniej przyszłej aktorki i modelki Brooke Shields*, pozującej w wannie nago i w makijażu, zrobiona przez George'a Grossa, która stała się przyczyną procesu między Shileds a Grossem i powodem obyczajowego skandalu na wielką skalę w USA (Prince najpierw odkupił zdjęcie a potem odsprzedał z wielkim zyskiem jako dzieło-dokument), wyrabiane przez Tracey Emin ubrania na sprzedaż, wzorowane na japońskich managch rzeźby Takashi Murakami - to tylko niektóre przykłady sojuszy a raczej flirtu sztuki z materią i prozą życia, że tak to może w nadmiernym skrócie ujmiemy.

Pośród 17 sal zwraca więc uwagę problem wyzyskiwania przez naród swej własnej martyrologii i rozmiany jej na drobne, co tak dobrze wychwycił w swej sztuce Uklański. Mity na sprzedaż, dobre jak jarmarczny plaster na rany przy byle okazji, tak samo koszmarkowate i przerażające jak osiedle dworków polskich, którego wizja kończy film Żuławskiego ekranizującego Masłowską - to właśnie oblicze polskeksploatacji, czegoś, co robimy sami sobie. Uklański pomimo przesadnej narodowej kolorystki nie tyle nacjonalizuje mity, co je rozdziewicza, odziera czerwień i biel z ich pseudo-świętości, otwiera na nowe znaczenia, w których mogłyby się rozprzestrzenić na nowych zasadach, mniej dusznych, bardziej własnych. A jego miejsca na londyńskiej wystawie pokazuje tylko jak bardzo polski kompleks mógłby się przedzierżgnąć w coś innego, ile drzemie w nim niewykorzystywanej siły.

Warto dodać, że wymowa tego, co piszę, wzmaga się jeszcze przez obecność niezależnej instalacji Mirosława Bałki, która równolegle odbywa się w Tate Modern - The Unilever Series.

 *ostatecznie zdjęcie Brooke Shields na skutek protestów w okresie zatrzymania Polańskiego oskarżonego o pedofilię zostało ocenzurowane i usunięte z Tate Modern, ale miałam okazję widzieć je wczoraj na brukselskiej wystawie...O tym wkrótce!...:)

POP ART. Art in Material World, Tate Modern, Londyn, 1.10.09 - 17.01.10

Mirosław Bałka, The Unilever Series, Tate Modern, Londyn, 13.10.09 - 5.04.10  

http://www.prezydent.pl/nasz-kraj/piesni-patriotyczne/ 

00:01, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 listopada 2009
Karl Lagerfeld mnie (wreszcie) oświecił!

  Gdybym nie padła ofiarą strasznej choroby, która rozłożyła mnie na cały październik (choroby zapewne przeżywa się gorzej w ciąży!...), przerwa, która powstała po ostatnim wpisie na pewno nie wydłużyłaby się w nieskończoność. Chociaż dziwnie to brzmi - od kiedy czuję się lepiej, mam tyle zaległości do nadrobienia, że nie udaje mi się zasiąść do pracy. Poza tym ciągle trzeba przecież wypoczywać...

Jednak tydzień temu w weekend w Paryżu na Saint Germain des Près, płacąc za coś w kiosku spostrzegłam, że tuż przede mną stoi w asyście dwóch młodych chłopców niejaki...Karl Lagerfeld, skądinąd podskórny bohater mojego przedostatniego wpisu (patrz powyżej!). To już naprawdę najwyższy czas, aby wrócić do bloga, pomyślałam. Zwłaszcza, że niedługo będę musiała ogłosić prawdziwą, faktyczną przerwę związaną z urodzinami dziecka (niestety perturbujące są to wydarzenia!!! nie jest łatwo też znaleźć do nich odpowiednich język).

Lagerfeld w kiosku to wszak wielkie prouszenie...:)

Słowem Karl Lagerfeld w swym nienagannym mundurze Karla Lagerfelda - siwy kucyk, okulary słoneczne, żabot, mankiety, rękawiczki, surdut i czarne dżinsy o 18h wykupywał w kiosku nakład jakiejś gazety. Bez wątpienia jest on w tej części Paryża postacią znaną - zaparkowawszy swego hummera niezbyt dokładnie niepoodal kiosku na środku ulicy, zdążył już zainteersować grupę policjantów wypisujących mandat. Jednak przechodnie występowali w jego obronie - "zaraz mu powiemy i odjedzie!" - krzyczeli. Jako kobieta ciężarna przy ladzie, czułam, że tarsuję nieco przejście i utrudniam jeszcze sprawę, więc naprawdę starałam się jak mogłam...choć nie uniknęłam karcącego wzroku, którego można było się domyślić zza ciemnych szkieł...:)

Przypomniało mi to, że - gdyby nie przerwa - stodołę Chanel kontynuować wątek związany z innym stylowym mężczyną, guru mody, który czerpie natchnienie spomiędzy mody i szuki, czyli z Markiem Jacobsem. Podczas ostatniego Tygodnia Mody zdecydowanie forsował on męską spódnicę (przyznaję, że cudowną!) konsekwetnie pojawiając się w niej publicznie - i na pokazie i w telewizji.

Marc Jacobs w męskiej spódnicy po pokazie Louis Vuitton, prêt-à-porter wiosna/lato 2010 miesiąc temu w Paryżu

a oto główna propozycja pokazu Louis Vuitton na przyszłe lato (ocieplenie klimatyczne w modzie!) - wielkie afro XXL transcedujące nie tylko kultury i kontynenty, ale także płcie...:)

 

www.madame.lefigaro.fr 

21:46, agata_araszkiewicz
Link Komentarze (2) »
środa, 07 października 2009
Lilly Allen w stodole Chanel

 Wczoraj około godziny 14-ej w paryskim Grand Palais odbył się pokaz prêt-à-porter Chanel na wiosnę/lato 2010, który zaskoczył nie tylko rustykalną wizją marki, ale także koncertem na żywo Lilly Allen. Swoisty "nowy romans" między Karlem Lagerfeldem a Lilly Allen trwa od pewnego czasu - brytyjska piosenkarka zostala ambasadorką marki linii nowych toreb Coco Cocoon. Dostałam właśnie do domu katalog - Lilly Allen ustylizowana na Audrey Hepburn nie traci do końca swego nieco off-owego uroku. Okazuje się, że niby to surowa elitarność Chanel i jej glamour dobrze rymuje się z rockowym niewpasowaniem.

 

 

 

Lilly Allen w najświeższym katalogu nowej linii torebek Chanel Coco Cocoon

 Lagerfeld podkreśla, że to Lilly Allen dzisiaj - dziewczyna o prostych korzeniach, która do wszystkiego doszła sama - najlepiej wciela ducha wielkiej Gabrielle. "Ona jest śmieszna" - podkreśla, kwitując pytania o decyzję zatrudnienia jej jako ikony marki. Lilly Allen znana jest z upodobań do torebek 2.55 oraz tiszertów Chanel, ale jej styl (żółtej satynowej sukienki z białymi adidasami) wydawał się daleki od propozycji jednej z najbardziej wyszukanych marek świata. Tymczasem dokonany już wybór wydaje się bardziej niż trafiony. Lagerfeld często podkreśla, że najnudniejsza jest mieszczańska poprawność, która zabija fashion - i to chyba także jest klucz do tego, dlaczego Lilly Allen w Chanel nagle jest tak bardzo do twarzy...

scenografia do pokazu Chanel prêt-à-porter wiosna/lato 2010 - 6 październik 2010 w Grand Palais w Paryżu

Z podobnego zapewne powodu widzowie Paris Fashion Week ujrzeli wczoraj na pokazie Chanel .... ogromną stodołę wypełnioną sianem i otoczoną klepiskiem. Nie tyle country, co rustykalność, ale nie tyle bukoliki, co ekologia. Lagerfeld podkreśla, że w czasach, gdy tyle mówi się o ekologii i on chciał dorzucić dwój modowy twist, nawet jeśli "adepci ekologii nie są doskonali..." (pod względem stylu?).... 

 

 

 koncert Lilly Allen towarzyszący pokazowi

Jedna z propozycji Chanel na lato przyszłego roku - koszyk zamaist kultowej torebki

Pod dachem stodoły z symbolem marki Lilly Allen wykonała piosenkę "Not Fair". Defilujące modelki prezentowały wieczną, nienaganną elegancję Coco i Karla, podszytą czymś bukolicznym - drewniaki zamiast szpilek, koszyczek zamiast kultowej torebki. Dzisiaj we Francji na ekrany kin wszedł głośny już film zrobiony przez słynnego francuskiego ekologa Nicolasa Hulot "Syndrom Titanica" - po raz pierwszy łączy on wyraźnie dyskurs ekologiczny z gloablnie ujętą sytuacją ludzności, mieszkającej na całym świecie. Ekologia przestaje być abstrakcyjnym myśleniem o lodowcach i rozumianej jako przyroda naturze, a zaczyna dotyczyć także natury między-kontynentalnych, międzynarodwych i międzyludzkich relacji. Nie trzeba się zastnawiać wiele, by stwierdzić, że rzeczywiście coś w tym jest "not fair"... 

 

A oto rodzaj zapisu "nowego romansu" Lagerfelda i Allen - materiał z ich sesji zdjęciowej dla aktualnego numeru francuskiego "Elle"

www.elle.fr

www.chanel.com 

POST TEN DEDYKUJĘ BARTOSZOWI KUSTOSZOWI LECHOWI :)

16:49, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 października 2009
Dwurnik (ja) i ciąża (1)

 Jeśli chodzi o polskie malarstwo, macierzyństwo kojarzy nam się chyba najbardziej ze słynnym obrazem Stanisława Wyspiańskiego karmiącej matki, na którym cały majestat i instytucja wręcz macierzyństwa utrwalona została w swoistej aureoli... Towarzyszy jej rodzaj tajemnicy, aury fetyszu, czegoś odrębnego i niepoznanego. Ten rodzaj wtajemniczenia, który odsyła kobiety w stronę natury, czyniąc z mężczyzn niemych i bezradnych widzów (choć to oni często są autorami przedstawienia) - po stronie kultury. O macierzyństwie nic więcej mężczyzna powiedzieć nie może... 

Edward Dwurnik, Sindisiwe, 2005 

Edward Dwurnik, Andrzej P, 2005

Ciekawie zobaczyć w tym kontekście serię prac Edwarda Dwurnika poświęconą kobietom w ciąży. Oczywiście mamy tu do czynienia z przekroczeniem paradygmatu modernizmu, ale co ciekawe na internetowej stronie artysty portrety te poprzelatane są aktami nagich mężczyzn. Ma się wrażenie, że tak wyraźnia (i subwersywna) cielesność ciężarnych kobiet "ubiera" w ciało również mężczyzn. Zwłaszcza, że pojawiają się także portrety nagich par (w ciąży).

 Edward Dwurnik, Ksawery, 2004

Edward Dwurnik, Magda, 2007

Dziś wiadomo, że każde przedstawienie jest kulturowe, a tym bardziej to, które odsyła kobiety w stronę natury. Natura i kultura podobnie jak to, co męskie i to, co kobiece - nie da się wyraźnie oddzielić ani poukładać w kategorie. Tu sugerują prace Dwurnika - ich bohaterami jest nie tyle podmiotowość, co ciało. Ciało wyemancypowane, które należy do mnie, ale czy jest moje?  

 Edward Dwurnik, Ania i Wojciech Borowscy z Helenką, 2007

 

 Edward Dwurnik, Babaryba, 2006

Fascynująca jest praca ciała, którą wychwytują ruchy pędzla "omiatające" wypukły brzuch. To ciało fabryka, ciało-mięso odsyła nas do czegoś od nas wcześniejszego, jakiegoś rodzaju pierwotnej pra-materii, materialnego zaplecza życia. Bycie jest przede wszystkim cielesne, ale w zupełnie zapomniany sposób. Mam wrażenie, że te obrazy uchylają kody wpisywania znaczenia w nagie ciało. Ciało ciężarne chwycone jest tu poza tradycyjnym pradygmatem: seksualne kontra macierzyńskie (czyli, że to, co macierzyńskiej nie jest seksualne - jako uświęcone - i na odwrót). Macierzyństwo jest częścią seksualności. Poza seksualną fetyszyzacją, poza edypalnym zredukowaniem sfery seksualnej do genitaliów, poza uświęcaniem w kobiecie tej części (macierzyńskiej), która sztucznie miałaby seksualna nie być, prace Dwurnika tworzą własny kod znaczeniowy.  

 Edward Dwurnik, Hadi, 2004

 Edward Dwurnik, Zuzanna i mama Agnieszka, 2005

Edward Dwurnik, Marek W, 2005

Ciało (moje własne) w ciąży jest podobnie obce (i moje) jak moje własne ciało w pożądaniu. Te dwie energie namiętności są do złudzenia podobne, choć tak wiele zrobiono, by je oddzielić.   

U Dwurnika ciało nie jest subtelne ani eteryczne. Ciąży ku ziemii, ale zarazem triumfuje. Jego kolor bywa ciemny, zabrudzony tak, jak jego seksualność, ale w jakiejś wczesnej, pierwotnej (i niewinnej?) wersji. To ciało stoi po stronie przyjemności i afirmacji, nie będącej (oglądaną) estetyczną idealizacją, ale raczej czutą od środka radością przeżycia. Nie ma większej obecności ciała chyba prócz immanentnego doznania seksualności w danej chwili, lub podobnie doznania i przeżywania ciąży. Ciąży jako fenomenu indywiDUALIZMU - bycia sobą i nie sobą, udostępnienia i poczucia zawładnięcia, radości i przerażenia, pustki i pełni, obcowania z fenomenem życia, które choć moje, do mnie nie należy...

Doświadczenie bycia sobą i nie sobą w tym stanie najsilniej dominowało mnie, gdy sama zgodziłam się pozować do ciężarnej serii. Wbrew przyjętym tradcyjnym wyobrażeniom ciąża nie jest stanem pasywnym (wielkim odkryciem było dla mnie zrozumienie, że płód a potem dziecko znajdują się cały czas w ruchu i to w akrobatycznym w ruchu. "W brzuchu jest super dyskoteka" - mówiła lekarka - "break dance i dirty dancing bez przerwy"). Zastnawiałam się co z tej nie-pasywności przedostanie się do obrazu. Do dzisiaj nie wiem czy jestem na nim sobą czy nie? Z wrażenia siły, którą chciałam emanować, została jakby raczej wątpliwość (którą także kocham, może nawet bardziej - jest prawdziwsza...).

 

Edward Dwurnik, Agata i Pomme, 2009

C.D.N. - tutaj

www.dwurnik.pl 

16:12, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 września 2009
Spunk!

    Pewnego razu Pippi Langstrump siedziała bardzo dumna i zamyślona na swoim ganku w willi Śmiesznotce, a kiedy przyszli do niej Annika i Tommy, wykrzyknęła: "I pomysleć tylko, że to j a je znalazłam. Ja, a nie kto inny!!!". "Co znalazłaś?" - zapytali. "Nowe słowo, supernadzywczajne słowo, jedno z najlepszych jakie znam: spunk!!!"

Spunk! to także tytuł i temat kolejnej sierpniowej wersji mojej gablotki w warszawskim Saturatorze, która...zaczęła sie od parasolki i która od prawie już roku zmienia się podczas każdego kolejnego mojego pobytu w Polsce (to czwarta i ostatnia edycja gablotki póki co, z pewnością ostatnia także na rok 2009...).

 

Saturator i ja, Spunk, gablotka sosnowa, złocona, parasolka Burberry oraz pokrowiec, cukierki gumowe, broszka z kameą, różowy trampek dziecięcy (0-3miesiące), naszyjnik z wizerunkiem skarabeusza na wzór starożytnego, buteleczka, sperma, punkowa różowa pieszczocha (prezent od Jenifer Ramme), fotografia Pippi Langstrump, wisiorek z podobizną pantery, figurka z weselnego tortu, zabawka dekoracyjna, dwie różnokolorowe lampki grzybki

Cały rozdzialik opowiadania pt. "Pippi znajduje spunka" zamieszczony w tomie "Pippi na Południowym Pacyfiku" autorstwa oczywiście Astrid Lindgren kontynuuje historię kłopotów związanych z wynalezieniem nowego słowa. Co ono oznacza? Czy da się to ustalić poprzez jego brzmienie? Czy może musimy się umówić co do jego znaczenia? Co jest pierwsze: rzecz czy słowo (czy słowo stało się ciałem, czy odwrotnie ciało słowem?)? Niezmordowana Pippi nie spocznie zanim nie wyczerpie wszystkich możliwości. Po wizycie w cukierni, sklepie żelaznym, u doktora i znajomych pań (oczywiście skokiem z rynny na parapet...), gdzie supernadzwyczajna dziewczynka próbuje podstępem, fortelem, zaskoczeniem a to spróbować spunka ("czy on jest smaczny?"), a to go dotknąć ("nie ma Pan czegoś takiego"), a to na niego zachorować ("boję się, że dostałam spunka. Ciało mnie całe swędzi i oczy mam całkiem zamknięte jak śpię i czułam się niezbyt dobrze po zjedzeniu talerza pasty do butów z mlekiem"...), następuje jednak kapitulacja.

 

Nie wiadomo co oznacza spunk, wiadomo tylko, że jest słowem. "Ludzie są dziwni" - wzdycha Pippi - "I pomyśleć tylko, jakie wynajdują słowa! Balia albo zatyczka albo sznurowadło i absolutnie nikt nie może zrozumieć, skąd oni je wzięli. Ale spunk - takie naprawdę dobre słowo - tego po prostu nie postarali się wynaleźć. Co za szczęście, że ja na nie wpadłam!" W filmowej wersji przygód szwedzka bohaterka pdosumowuje  swoje znalezisko jeszcze dosadniej: "Jakie to szczęście, że na nie wpadłam. Takie ładne słowo! I pomysleć tylko, że gdyby nie ja, być może by się na zawsze zgubiło..."

 

Dla pary norweskich filozofów Jorgena Gaare i Oysteina Sjaastada, autorów książki "Pippi i Sokrates", zasada postępowania Pippi przypomina najlepsze tradycje starożytnej filozofii. To Heraklit reprezentował naturalistyczne stanowisko w teorii języka: gdy wsłuchujemy się w słowo ujawnia się nam jego znaczenie. Przeciwstawna mu teoria podkreśla arbitralny i przypadkowy czyli konwencjonalny (umowny) związek między pojęciem a rzeczą. Poszukiwania Pippi oscylują między tymi dwoma stanowiskami, ale podobnie jak Wittgenstein, Pippi podkreśla konieczność doświadczenia słowa w kontekście jego użycia. Najpierw wypróbowuje ona tupanie w błocie, ale to, co się rozlega przypomina bardziej "ćliiip" niż "spunk"...Potem wyrusza do miasta uzbrojona w złotą monetę ("Spunk to brzmi jak coś kosztownego"...) i rozpoczyna prawdziwe polowanie na znaczenie.

 

 

Polowanie na znaczenie, które spełza na niczym. Mimo wszelkich wysiłków nie udaje sie ustalić co oznacza "spunk". Po powrocie do do domu Pippi, Annika i Tommy natykają się na małego chrabąszcza, który pełzł po ścieżce. "Na twarzy Pippi rozlał się błogi uśmiech: Wiem - powiedziała - To spunk"....

Dla norweskich filozofów Pippi w charakterze i rozmachu swych poszukiwań sięga dużo dalej niż po próbę ustalenia znaczenia jednego słowa. Pippi zajmuje się tak naprawdę tym jak powstają słowa i znaczenia, w jaki sposób używamy języka i jaka jest jego głębinowa natura (głębinowa natura jego powstawania, głębinowa natura rzeczy). W tym zamiarze Pippi przypomina jeden z dialogów Platona Kratylos, w którym Sokrates wystawia na próbę argumenty zarówno naturalistów jak i konwencjonalistów. Okazuje się, że związek między słowem i znaczeniem jest dużo bardziej złożony, niż zakładałaby to z osobna każda z obu teorii. Jednak mogą się one złożyć na nadrzędną teorię języka. Wiara Pippi, że można znaleźć znaczenie słowa, wsłuchując się w nie, podobnie spełza na niczym. Jednak to dzięki tej wierze Pippi w końcu wie czym jest spunk, jeśli ma go przed nosem. Sokrates w dialogu Platona twierdzi, że choć słowo nie zawiera swego znaczenia naturalnie, to jednak poszczególne dźwięki - głoski - są nośnikami znaczenia ("r" niesie w sobie wibrację, "s" szum itd.). I tak jak malarz maluje obraz kolorami, tak ten, kto używa języka "maluje" słowa i tworzy znaczenia przy pomocy dźwięków. Nazwa jest obrazem dwuznacznym, w którym w przybliżeniu ujawnia się istota rzeczy. Platon jest reprezentantem symbolistycznego poglądu na język: znaczenie powstaje między konwencją znaku jak i jego naturalistyczną pełnią znaczeniową. Pod koniec dialogu Sokrates twierdzi, że każdy użytkownik języka właściwie tworzy nazwy.

 

Jednak znaleziony przez Pippi spunk, który jest zielono-turkusowym chrabąszczem - ma jeszcze inną nazwę: skarabeusz. W starożytnym Egipcie skarabeusz był jednym z najsilniejszych symboli religijnych. Niezmordowanie toczył on swą kulę nawozu aż pod ziemię, tak jak słońce toczy się codziennie po niebie (Egipcjanie myśleli, że toczy je właśnie wielki żuk). Cykl życiowy skarabeusza odzwierciedla wielki cykl życia w naturze, codzienne odradzanie się słońca i zmartwychwstanie człowieka do życia wiecznego. Egipskie słowo oznaczające skarabeusza to khaper oznaczające także istnienie, stawanie się, tworzenie (hieroglif o tym znaczeniu przedstawiał symbol żuka). "Skarabeusz sam był miesterium stawania się i odradzania" - czytamy w "Pippi i Sokrates".

To właśnie amulet w kształcie skarabeusza wkładano na piersi zmarłego, miał być ważony zamiast serca na sądzie pozagrobowym. Spunk, skarabeusz jest więc symbolem wrażliwości językowej Pippi, która wykazuje się niejednokrotnie wiedzą o starożytnym Egipcie. To słowo wzniosłe i trywialne zarazem cieszy się również "wiecznym życiem" jako symbol. Jest jak obraz o podwójnym znaczeniu - z naszego przemijającego świata i z zaświatów idei. Żywa istota, którą jako odpowiedź na pytanie o swe nowonarodzone słowo, znalazła Pippi, jest istotą samego słowa właśnie.

 

Słowo spunk ma także swoje uznane znaczenie w języku angielskim. Może oznaczać "odwagę, gniew" a w sensie slangowego wulgaryzmu "sperma, nasienie"... Wedle cytowanych już filozofów Logos spermatikos (życiodajne, rozmnażające się słowo) było podstawowym pojęciem stoików, szkoły filozoficznej, która pojawiła się w Atenach sto lat po Sokratesie i kwitła potem w Rzymie (greckie słowo sperma oznacza ziarno siewne). Nauka stoików bazowała na słowie, w którym wszystko jest zawarte i z którego wszystko bierze początek, podczas, gdy świat nieustannie się odradza i przemienia. I takie oto słowo znajduje Pippi w swoim spunku-życidajnym nasieniu-skarabeuszu. Warto podkreślić, że przyjęta przez nią metoda "polowania na znaczenie" nie prowadzi do ograniczenia pola znaczeniowego, lecz umożliwia zrozumienie nieskończonego i niepojmowalnego znaczenia... Norwescy filozofowie podsumowują: "Pippi rozpoznaje istotę spunka w świętym skarabeuszu, któy jest jednocześnie Logos Spermatikos, życidajnym Słowem: misterium nieskończoności i praprzyczyny, zamkniętym w nędznym żuczku."

 

Dla mnie prywatnie ciekawe jest też podobieństwo spunka do wyrazu "punk" oznaczającego "śmieć", ale także symbol buntu oraz obyczajowej i estetycznej rewolty. Pippi jest punkową dziewczynką w tym sensie, ma także wiele cech kobiety surrealistycznej (być może sama figura Pippi jako bohaterki - jej niesubordynacja i inwencja - bez surrealizmu i jego wstrząsania znaczeniami, nie była by możliwa)...

 

    ps. a najważniejsze to, że pomysł tej gablotki ("jak dobrze, że się znalazł, że do mnie przyszedł, gdyż inaczej może przepadł by na wieki"...) pojawił się w mojej głowie po tym jak już "przyszło" do mnie imię dla mojej jeszcze nie narodzonej córki i zanim wiedziałam, że jestem w ciąży (ciąża to zresztą powód, z powodu którego blog przed wakacjami miał dużo rzadsze wpisy...). Zastanawiałam się jednak - czy to imię wyda mi się nadal aktualne, gdy moja córka już się urodzi? Co było pierwsze: nazwa przywołała rzecz czy odwrotnie? Nie wspominając już o tym ile w "misterium" ciąży jest symboliki z wiecznego odradzania się życia mimo przemian...I pomimo słów...

 

Spunk, Saturator ul 11 Listopada 22, Warszawa

Astrid Lingren, Pippi znajduje spunka [w:] Pippi na Południowym Pacyfiku, tłum. T.Chłąopowska, Nasza Księgarnia, 2004

Jorgen Gaare i Oysten Sjaastad, O "spunku" i języku [w:] Pippi i Sokrates. Filozoficzne wędrówki po świecie Astrid Lingren, tłum. I.Zimnicka, Jacek Santorski i Co, 2002 

Za pomoc w realizacji gablotki dziękuję Krzysiowi.

Oraz - SATURATORLOVE....:)

16:49, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 września 2009
Unpolished na September Design

   W pierwszej połowie września w Brukseli odbył się znamienny wernisaż związany z polskim designem. Coroczny belgijski festiwal September Design ma swoich fanów, w tym roku polecał go paryski Vogue, który z tego powodu zrobił cały materiał o Brukseli jako na nowo stylowym mieście. Jedna z imprez otwierających festiwal, w bardzo prestiżowej galerii Pierre'a Bergé mieszczącej się na starym zabytkowym placu Grand Sablon, był właśnie polski wernisaż.

 Aze Design, Messy Tablecloth

Moomoo Architects, QooQoo Lamp 

A oto parę migawek wernisażowych:

widoczna praca Bogdana Kossaka, Otoczaki

Jego kuratorzy Agnieszka Jacobson-Cielecka i Paweł Grobelny podkreślali, że z jednej strony chcieli zaznaczyć uniwersalność polskiego projektowania, ale także jego partykularność. Polscy designerzy są dobrze wykształceni i otwarci na świat, mogą projektowac wszędzie (ci biorący udział w Warszawie mają średnio ok.30 lat). Z drugiej strony nie mają dostępu do najnowszych technologii i materiałów. Furtką więc stał się folklor - na nowo przemyślana ludowość. Wystawa bazuje więc na swej pierwszej wersji pokazanej w Muzeum Regionalnym w Stalowej Woli, gdzie wydobyto związki między nowoczesnycm polskim designem i folklorem.

 Agnieszka Czop, Wycinanka

Kosmos Projekt, Radio

przy krzesłach na biegunach Poor Design

Puff-Buff Design, Lullaby Lamp 

 Lucyna Mizera, dyrektor Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli

kuratorzy wystawy Agnieszka Jacobson-Cielecka i Paweł Grobelny

budynek galerii Pierre'a Bergé

Ten mariaż jest chyba póki co rzeczywiście najsilniejszą polską tradycją. Jego korzenie sięgają dwudziestolecia międzywojennego, gdzie korzystanie z folkloru (także w sztuce) było modą, ekscesem, nowatorstwem. Po wojnie stało się ideologicznym przykazaniem. Dziś bez wątpienia Cepelia z jednej strony może być sezamem dla wyobraźni, ale z drugiej więzieniem. Inną sprawą jest geograficzna percepcja - najważniejsze by grać podmiotowo w kalejdoskop odbioru jaki Zachód narzuca wschodniemu egzotyzmowi. Osobiście nie jestem fanką ludowości, ale wiele z tych projektów naprawdę broni się sama. Oceńcie sami! 

 Poor Design, Portable USB

 

Agnieszka Bar, Group Vase

 

Karina Marusińska, Ogryzki

Z drugiej strony wyobrażam sobie takie możliwe przewartościowanie dziedzictwa folkloru, w którym jako historyczna część modernizmu, odkryje on przed nami jeszcze inne zgoła nieprzewidziane znaczenia (folklor ponowoczesny a ekologia, bionic design, folklor a rozumienie Innego i procesów kolonizacji, itd...)!!!...:)

Właśnie, unpolished!

Karina Marusińska, Półprodukt

Unpolished. Yound Design from Poland, September Design, Galerie Pierre Bergé & Associés, Grand Sablon 10, Bruxelles, 11.09-2.10.2009  

19:37, agata_araszkiewicz
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37