|
wtorek, 14 czerwca 2011
Łuska z Endo...
Endo, Ubiór Łuska Nie mam, co na siebie włożyć. Z wnętrza szafy patrzy na mnie wielkie rybie oko. Gdy dotykam wnętrza mojej szafy czuję coś miłego i śliskiego, jednak, gdy patrzę jest mniej przyjemnie. Czasami wyobrażam sobie, że jestem owinięta w wiele powłok, warstwy nachodzą na siebie jak warstwy naskórka, trudno oddzielić, co jest ubraniem, a co rozebraniem. Czuję się bezpiecznie, gdy jestem ubrana, zaś niebezpiecznie, gdy jestem naga. Zagrożona, gdy ubrana, oswojona, gdy rozebrana. Zawłaszczona i własna. Potwór podnosi głowę. Czy mój strój jest dziełem zewnętrznego oka, czy też opowiada o mnie. Tak jakbym chciała? Nie wiem, co na siebie włożyć. Jak mam dzisiaj wystąpić. Myśli rozpierzchają jak ryby w wodzie, czasem płynę chwilę za jedną, ale potem zachwyca mnie druga. Ten ocean rozpływa się w każdym kierunku. Nie, nie wyjdę dzisiaj. Pozwolę rybom, by płynęły wokół mnie. Pozwolę rybom, by były żywe, nie będę polować. Polowanie zamienia je w targ rybny. Targ niewolnic, rynek kobiet, jarmark osobliwości. Oficjalnie jako kobieta jestem uprzedmiotowiona. Mam być nadmiernie zakryta, ocenzurowana. Albo odkryta, wtedy cenzura wkracza jeszcze mocniej. Gdyż to zawsze przeszkadza. Mój ubiór powoduje, że czujesz się zachęcony zanim nastanie czas błogiego ciała. Ale powoduje także, że czujesz się zniechęcony, zohydzony. Mój ubiór powoduje, że można mnie ukarać, bo sama tego chciała. Rozporządzać mną, decydować, zabraniać, oceniać. Mój syreni śpiew. Czasami nie wiem, gdzie zaczyna się i kończy granica mojego ciała. Mojego ciała i mojego ubioru. W tej sprawie kobiety są nieme, jak ryby, mówią barwą swego naskórka. Czy rybia łuska jest ubiorem czy skórą? Łuska to coś, co łączy postrzeganie i odczuwanie. Jak soczewka albo menisk, wypukłego społecznego oka. Łuski mojego naskórka i łuski moich ciuchów, stosy, naręcza, twierdze obronne łusek moich ciuchów. Każdego dnia, ubierając się rano, zmierzam się z czymś niemożliwym. Łuskam swój strach, swoją niepewność, swoje pragnienie przyjemności. Łuskam się jak cebula i wzbudza to łzy. Łuskam tego mężczyznę, kiedy na niego patrzę. Jego łuskanie to moje hobby, wbrew pozorom często to robię. Zdejmuję koszulę i spodnie, potem odejmuję włosy i stopy. Zostawiam tylko oczy, usta, ręce i podbrzusze. Robi się gorąco. Jednak, gdy łuskam w lustrze siebie nie jest już tak przyjemnie. Chyba, że patrzę sobie w oczy. Triumfująco. Wielkie rybie oko. Na dnie mojej szafy i na dnie mojego ciała. Rybowatość płci. Gdy dotykam siebie, czuję coś miłego i śliskiego. Łuski węża spadające jak pociski, gdy odczyniam zakazy, martwe ciało i jego słoną wodę zamieniam w coś słodkiego. Jeśli jestem mężczyzną kochającą mężczyzn, jeśli jestem kobietą kochającą kobiety, jeśli jestem kobietą kochającą mężczyzn i siebie, wyjście z szafy może przypominać afirmacyjną zmianę łuski. Ciało, pożądanie, ubranie. Intymność jest łuskowata. Gorset spada jak rybia łuska. W oku pojawia się mokra mała wodna łezka. Pragnę, czuję i widzę. Pochylam się nad morskimi potworami w mojej szafie i wtedy łuska spada mi z oczu, potwory zamieniają się w marzenia. tekst wygłoszony na wieczorze Historia Jednego Obrazu, poświęconym rysunkowi Agaty Nowickiej - Endo "Ubiór", 9 czerwca w Studium Teatralnym z instalacją muzyczną Candi (Paristetris), ul. Lubelska 30/32, Warszawa
środa, 18 maja 2011
Ruiny (polskiej) nowoczesności: Matka Boska i Emilka...
Przez prasę toczą się aktualnie debaty dotyczące rangi, ambicji i miejsca kultury polskiej. Dlaczego tak wiele tworzących ją mechanizmów odzwierciedla sposób istnienia kultur peryferyjnych - w odróżnieniu od zdolnych wypracować samoistne, autonomiczne i narzucające się znaczenia kultur centralnych? Czy możemy liczyć na dobrze pomyślaną politykę kulturalną, która powinno prowadzić samo państwo? Póki co oddajmy głos inicjatywom "oddolnym", cywilnym rękom rynku sztuki czyli prywatnym galeriom. I przypada mi w udziale zaszczyt mówienia tutaj o nowo powstałym, niedawno otwartym miejscu na prawym brzegu Wisły - galerii BWA Warszawa na Saskiej Kępie. W ubiegły weekend odbyło się tam uroczyste otwarcie - miły popołudniowy piknik. Mała kamienica - jakich tu wiele - została niedawno kupiona i częściowo wyremontowana przez architekta Wojtka Popławskiego i kulturową aktywistkę Lucynę Sosnowską. Dom podzielony po wojnie na kilka małych PRL-owskich klitek (jedną z ostatnich jego właścicielek była Christine Podlasky - aktorka-ikona z filmu Miś) obrosły jest w wiele legend związanych jeszcze z przedwojennym życiem artystycznym. Dziś ma stać się kulturalnym schronieniem w tej oazowej pełnej zieleni dzielnicy, gdzie czas zdaje się płynąć (znowu!) inaczej. I teraz zatoczył pętlę. W dawnej pracowni Mieczysława Lubelskiego i jego mieszkaniu (zbudowanym w 1928 roku przez architekta Czesława Przybylskiego, znanego z Domu bez Kantów) prócz BWA docelowo zaistnieć mają jeszcze dwie inne galerie, winiarnia oraz kawiarenka, która poprowadzona zostanie przez dawnych właścicieli kultowego praskiego klubu Saturator (ożywcza mieszanka bourgeois i trash?). Mieszkali tu m.in.: artystyczne pary Elżbieta i Emil Cieślarowie (rzeźbiarze), zajmująca się ceramiką Barbara Turkiewicz-Gutt oraz wykładowca nowo powstałęj Katedry Mody na warszawskiej Akademii Wiktor Gutt. Duch Oskara Hansea, czy Agnieszki Osieckiej przewija się przez to miejsce. Dom Funkcjonalny - bo tak nazywa się całość nowej przestrzeni - został brawurowo otwarty 7 maja. Otwracia dokonano pod hasłem ze sztandarowego tekstu Tomka Platy (obok Justyny Kowalskiej i Michała Suchory - jednego z trzech właścicieli BWA), towarzyszącego wernisażowi i głoszącego, że "modernizm jest naszym toksycznym tatusiem"... Nie możemy się od niego uwolnić, ani z nim żyć... Czy Dom Funkcjonalny zafunkcjonuje inaczej?
Małgorzata Szymankiewicz, bez tytułu I tu potrzebny jest mały wtręt. (Och tych wtrętów powinno być więcej na przykład: o witaj pisanie bloga! witajcie techniczne dłużyzny załączania zdjęć! witajcie capslocki, gdy was nie potrzeba i delet-y, które kasują nieproszone całe partie starego tekstu, gdy chcecie wpisać coś ważnego i nowego! witaj zawieszenie w sieci, po ktorym znika cały pisany przez godzinę wpis! - choć można było pogadać z kimś miłym przez ten czas. Och, miejmy nadzieję, że tego zniechęcającego znikania będzie jak najmniej, czego byśmy sobie wraz z Państwem życzyli!...).... A teraz na poważnie: mój prawdziwy mały wtręt dotyczy sprawy dużo ważniejszej. Obecny przyjazd do Polski, tym razem na trochę dłużej, zdarzył sie oczywiście tuż przed świętami Wielkanocy. Dzięki uprzejmości jednego z przyjaciół miałam więc szansę uczestniczenia w finale wielkiego Festwialu Beethovenowskiego w Filharmonii Narodowej w Warszawie. "Pasja" Krzysztofa Pendereckiego dyrygowana przez samego kompozytora w Wielki Piątek w naszej stolicy katolickiego kraju. Utwór wybitny, z rozmachem, które brzmi ciągle wzniośle i atmosfera pełna podniosłości. Na widowni luminarze kultury i sztuki, dygnitarze państwowi. Krzysztof Penderecki w formie naprzeciw swego monumentalnego dzieła. Prócz orkiestry ogromny wieloczłonowy chór, który zajmuje także znacząco miejsca balkonowe. Nieco mniejszy chór chłopięcy na scenie. Orator (w tej roli Krzysztof Gosztyła) czyta po łacinie fragmenty Ewangelii. Dwóch śpiewaków obok niego wygląda uroczyście. Jeden z nich śpiewa także po łacinie partie Chrystusa. "Pasja" to był utwór w zamierzeniu subwersywny, pisany w samym środku PRL-u był kulturową kontrabandą, sytuowaniem się w opozycji, próbą przemycenia innych znaczeń. Jak to się dzieje więc, że dzisiaj w ten Wielki Piątek, podczas uroczystego zamknięcia festiwalu tym brawurowym niegdyś utworem, znamionującym wyjście z kryzysu, przemienienia męki pańskiej w zwycięstwo, upadku w trumf itd., owszem brzmi wspaniale, bardzo pięknie...ale poza tym nie zdarza się nic... Żadnego odkupienia, żadnego katharsis... Dziwna wymowa łaciny, jakby obca - każdy (chór, orator, śpiewak) sobie... Rytuał zostaje odbębniony, ale pozostaje martwy, drewniany, razi pustką, której nie daje się wypełnić i całkowitym brakiem interpretacji, nadania znaczenia temu misterium, które tu się wydarza. Czy naprawdę ono dla nas dzisiaj nic nie znaczy? Zabici (również w kulturze) własnym zwycięstwem? Mamy potrzebę własnej klasyki, ale po co? Co chcemy nią opowiedzieć? co zaznaczyć? Dlaczego przestaliśmy chcieć się przewartościować? (Standing ovation oczywiście na końcu...) Mam ogromny szacunek dla rzeczy genialnych, ale czy nie trzeba zawsze na nowo ich prze-(s)twarzać? zawsze na nowo je rozumieć? czy żadnego misterium odkupienia tu nigdy nie będzie? Tkwimy w przepaści między przeszłością a przyszłością, dawnym cierpieniem i wielkością a niemożliwością odnalezienia nowego wielkiego wymiaru. Teraźniejszość jest mała. Przed Domem Funkcjonalnym stała mała rzeźba (obecnie w rekonstrukcji) Matki Boskiej Jakubowskiej (od nazwy ulicy), która jak głosi kolejna legenda została zbudowana przez mieszkających tu robotników budujących niegdyś Pałac Kultury z przemyconych z budowy wykradzionych odpadków. Z jednej strony powstawał ogromny gmach, który zdominował kształt miasta na długo, będąc symbolem zniewolenia państwa, z drugiej mała rzeźba w ogródku - rekonstruująca w religijnym symbolu znak buntu i osobistej niezgody. Ten zwielokrotniony brak wolności dał się nam wszystkim przez ostatnie 20 lat bardzo we znaki. Odejście od totalitaryzmu i popadnięcie w religijny reżim to jakiś problem polskiej wyobraźni (w sensie kulturowym, symbolicznym, politycznym). Jak znaleźć tu szczelinę dla nowego konstruowania wolności, jak wejść wreszcie na trzecią drogę?
Matka Boska Jakubowska przed rekonstrukcją Dom Funkcjonalny zapowiada się wielofunkcyjnie. Powstała w nim galeria BWA ma wszelkie znamiona nowego typu galerii - prezentującej przemyślany wybór wychodzący naprzeciw rynku sztuki. Takich miejsc powinno być więcej. Miejsc, które rozcieśniają sposób funcjonowania polskiej sztuki (nawet jeśli rynek jak wiadomo nie jest jej najlepszym i jedynym sojusznikiem). Jest na to przestrzeń, która powinna uregulować sposób istnienia (i egzystencji) wielu artystów. Między stylem Fundacji Foksal a stylem galerii Raster, między Wschodem a Zachodem, między dawnymi sposobami funkcjonowania i przepływami również artystycznych treści a nowymi możliwościami w nowej sytuacji. Teraźniejszość to także małe kroki.
Dom Funkcjonalny na Saskiej Kępie Wybór artystów BWA (mam tylko trochę problem z tą nazwą - cytatem z przeszłości...) broni się już na wstępie m.in.: Adam Adach, Agnieszka Kalinowska, Nicolas Grospierre, Angelika Markul to nazwiska rozpoznawane. Zaprezentowano tu ich prace konsekwentnie, jednocząc je pod hasłem odwołania do modernizmu. "Modernizm, cudo, gówno..." jak lakonicznie ujął to jeden z widzów, "toksyczny tatuś" jak chce tego Plata, nasze dziedzictwo, które niedzarnie próbujemy przekroczyć. Zwłaszcza tu w zniszczonym, odbudowanym po wojnie z zaniżonymi modernistycznymi standardami jakości, mieście ma to dodatkowy sens. Magiczne koło bez wyjścia jak ujmuje to dziwna rzeźba Małgorzaty Szymankiewicz swtorzona z fragmentów mebli Domu Meblowego Emilka, wyzanczającego horyzonty komfortu i stylu w PRL-u i latach 90-tych. "Plądrujemy ruiny rzeczywistości"- zatytuował swój wprowadzający tekst Tomek Plata. "Plądrujemy riuny nowoczesności" - chciałoby się powiedzieć (och, czy nowoczesność planowała widzieć się w ruinach?...). No i ciekawe co na tych ruinach wyrośnie?
przed pracą Agnieszki Kalinowskiej Welcome
Nicolas Grospierre i Concrete Jungle
Michał Suchora z modernistyczną Żytnią...
przed pracą Jarosława Flicińskiego
od lewej: Adam Adach, bez tytułu (z cyklu Ślepe fasady), Agnieszka Kalinowska, bez tytułu i seria zdjęć Nicolasa Grospierre'a Hydroklinika W post-scritpum dodam, że prawdopodbnie wraz z przenosinami chłopców z Saturatora w kawiarence odżyje tez moja saturatorowa gablotka... No cóż - zaczęła się ona od tego, że raz w praskim klubie zostawiłam parasol. Po 2 latach ostatnia jej edycja z listopada zawierała moje dwie parasolki, które nosiłam na zmianę. W związku z tym posługiwałam się trzecią dziurawą, starą i zniszczoną, signé Jean Paul Gaultier... A propos tego, co stare w polskiej mentalności - jestem roztrzepana i teraz po wernisażu także zostawiłam parasolkę. Jednak tym razem nie odnalazła się, chyba "zginęła" na zawsze... BWA Warszawa, ul Jakubowska 16, Saska Kępa w Warszawie http://www.domfunkcjonalny.org/pl_ dziękuję za zdjęcia Bartoszowi Górce
czwartek, 07 kwietnia 2011
Polska
czwartek, 30 grudnia 2010
Slumdog Milioner...
Nie trudno zgadnąć, że kryzys, już nie na wcale przewrotnych zasadach, tendencję tę umocnił. Także dlatego oczywiście, że wielu milionerów... dosłownie poszło z torbami. Mieszanie rejestrów to zawsze mocna strona Marca Jacobsa. Tym razem dla Louis Vuitton zaproponował on taki oto zestaw - worek na śmieci jako ekskluzywna mini-torebka w wersji luksusowej.
Louis Vuitton, jesień-zima 2010/2011 Już u Szekpira śmieciarze mieli najwięcej kluczy do ludzkiej egzystencji. Worek na śmieci marki Louis Vuitton krzyżuje w sobie wiele tendencji - bogatej stylizacji na śmieci, echa pokryzysowe czy ekologiczne wydźwięki... Tym akcentem ogłaszam przerwę do końca marca!... Dobra wiadomość, że problemy techniczne zostały opanowane (jak widać!). Postaram się w tym czasie uzupełnić brakujące archiwum zdjęciowe! WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO NA NOWY ROK! ABY NAWET WORKI NA ŚMIECI PEŁNE BYŁY ZŁOTA...
czwartek, 23 grudnia 2010
Last days...
Właściwie od czerwca nie udało mi się pokonać trudności technicznych związanych z przejściem na nowy nośnik zdjęciowy, także dlatego, że mam tak mało czasu, że każda dodatkowa trudność staje się niemożliwością. Nie chodzi tylko o bycie mamą - skończyłam swoją drugą książkę i próbuję skończyć doktorat. Nadrobić związane z ciążą zaległości. Blog jest z pozoru najmniejszym z moich zmarwień (ulotny, ale trwa, domagający się obecności, ale cieprliwy, zmienny, ale zawsze można do niego wrócić...), ale jego "upadek" martwi mnie najbardziej. Ilez ataków depresji mogłam przegonić małym, zręcznie zrobionym, szybko nakreślonym wpisem... A tak - ani wolności od depresyjnej niemocy i braku siły, ani wpisów... Jednak miejmy nadzieję, że wszystko dobre, co się dobrze kończy. Prawdopodobnie będę mogła wrócić na całego na łamy bloga po pierwszym kwartale przyszłego roku!!! Może wcześniej uda mi się zacząć reperować skutki brutalnego włamania do zasobów zdjęć. Póki co, jeszcze jeden nostalgiczny wpis - ostatnie dwie edycje mojej gablotki w warszawskim Saturatorze. Od kiedy powstała gablotka - a właśnie obchodziliśmy jej drugą rocznicę, ktoś czasem wspomina mi, że widział gdzieś inną gablotkę. Jednym słowem gablotka otwiera na inne gablotki - ich obecność czy konieczność obecności w naszym życiu. I nie chodzi tylko o generała Świerczewskiego...:) Jedną z "gablotek", o której mowili mi uparcie znajomi jest kącik Diany i Didiego w londyńskim Harrodsie. Ostatecznie zwiedziałam to miejsce nie raz, ale bardziej przypomina ono mauzoleum. Memorial Diany i Dodiego w Harrods w Londynie W podziemiach wielkiego gmaszyska sklepu znajduje się mała przetrzeń poświęcona tragicznie zmarłej parze - jej kiczowatość i nadmiar atencji tłuamczyć można bólem zrozpaczonego ojca (do niedawna Harrods należał do ojca Dodi Al Fayeda). Mamy tu i sztuczny kwiat, i szumik wodospadu, i portrety zmarłych w konwencji ślubnej, oprawionych jak gdyby w obrączki i zjednoczonych gołąbkiem pokoju... W gablotkach jest coś z nieobecności, z nostalgii, z nicości. Taka była geneza w końcu mojej warszawskiej gablotki z parasolką - która powstała tam, ponieważ mnie nie było... (Niestety pozostałe edycje póki co są niewidoczne z powodu włamania...). I nie bez powodu przywołuję ten aspekt w tej chwili - dlatego, że prawdopodobnie ostatnie dwie edycje gablotki (które omawiam tu zbiorczo...) będą w ogóle jej ostatnimi edycjami...
Pantha rei - moja gablotka w warszawkim Saturatorze, wydanie z czerwca 2010 Dealowanie z nieobecnością z definicji wiąże się z kiczem, nadmiarem uczuć, czułostkowością. Sama idea konceptu gablotki przesiąknięta jest kiczem, tak jak silnie związna jest z uczuciami, pamięcią, stylem zapamiętywania i zaznaczania śladu. Gablotka jest rodzajem świadectwa tego, co mogło by być, co mogło by istnieć, gdyby nie przeszkody - oddalenie czy śmierć. PRL-owskie szkolne gablotki zawsze poświęcone były zmarłym. Nieobecności sfetyszyzowanej - można łatwo wyobrazić sobie, że status religijnych relikwii również jest "gablotkowy". Święty piszczel ma tu podobne swoje miejsce jak pierwszy wypadnięty ząb - epos zwany rodziną dużo miejsca poświęca swoim oddzielnym relikwiom, a także przeznaczaniem dla nich miejsca.
Epos zwany egzystencją również. Ten rok była rokiem odwrócenia uwagi. Wszystko, co dotąd mnie zajmowało z konieczności zeszło na drugi plan, a całość wypełniło pochłaniające fizycznie doświadczenie macierzyństwa. Możliwe, że gdyby nie dopełniły go kupno nowego domu i ogromna, trwająca tak naprawdę wiele miesięcy przeprowadzka z dzidziusiem na ręku, rónowaga odnalazła by się nieco szybciej. Gdy przyjechałam na chwilę do Polski w czerwcu trudno mi było wybrać inny temat do gablotki niż moja po-ciążowa nadwaga - zaznaczająca swoją doniosłość wszędzie i cały czas - podczas przesuwania kartonów, chodzenia po schodach, opiekowania się dzieckiem. Czy wiecie, że cztery kostki masła to kilo nadwagi? Umieściłam je na czerwonym dywanie - symbolu najwyższego glamouru naszych czasów. Uosabiają coś całkowicie wobec tego glamouru - zawsze slim! -przeciwstawnego. A jednak są majestatyczne, złote i pełne ciężkiej elegancji, co za paradoks! Pantha rei - wobec tego, że masło może stopić się jak śnieg i że wobec walki z mechanizmami natury mozna uzbroić się w jedyne narzędzie - czas...:)
Sarmen Beglarian, Hubert Czerepok, Agnieszka Tarasiuk, Piotr Wyoscki na wieczorku ostatniej edycji gablotki, listopad 2010, Saturator W listopadzie, będąc po raz kolejny w warszawie, rozesłałam smsa do wielu znajomych, zapraszając ich do wzięcia udziału w ostatniej gablotkowej akcji. Pisałam, by przeniesli, co chcieli - "sen, marzenie, ziarno lęku..." i co będzie mozna włożyć do gablotki prawdopodobnie po raz ostatni, by ją tym razem stworzyć wspólnie. Ja zdecydowałam się oddać moją drugą parasolkę.
Piotr Wysocki, Zuzanna Janin, Mikołaj Starowieyski Przez cały wieczór zbierałąm drogocenne dary...:)
W ręku trzymama dary m.in. od Sarmena Beglariana i Huberta Czerepoka
ZUzanna Janin i Aleksandra Józefowska
"Dziewicza" w pierwotnej wersji gablotka (od tego się zaczęło) i dary...
Tego wieczoru impreza w Saturatorze...
...toczyła się właściwie niezależnie od gablotki, choć z nią w tle...
"...Sen, marzenie, ziarno lęku..." - ostatnia, listopadowa wersja gablotki z udziałem: Sarmena Beglariana, Huberta Czerepoka, Piotra Wysockiego, Dominika Jałowińskiego, Zuzanny Janin, Agnieszki Kurant, Oli Józefowskiej, Karola Słowika, Maksa Matuszewskiego, Magdy Środy, Agnieszki Grzybek, Marka Flisa, Katarzyny Herman, Tomka Brzozowskiego...i innych... Dlaczego ostatnia? Prawdopodobnie wiele się zmieni już wkrótce, jeśli chodzi o jej schornienie, ale zobaczymy...:) Gablotka to w końcu prezent, nie można być zbyt kapryśnym...
Tym razem po wyjeżdzie z Warszawy udałam się znowu do Londynu, gdzie na wysstawie w Saatchi Gallery o młodych brytyjskich talentach odnalazłam (za podszeptem Ani Baumgart) taki oto ślad, aluzję, wzmiankę, pendant...do gablotki.
Ximena Garrido-Leca, The Followers, 2010 U tej artystki gablotka powraca jako wspomnienie pośmiertne - to tak naprawdę półeczki cmentarne, upamiętniające zmarłych jak groby. Sparwiają wrażenie tak żywych, jak kiczowatych, tak przepełnionych dobrą wolą, że uchybiającym zasadom dobrego tonu. I taka właśnie jest pamięć, lub inaczej - chęć zapamiętania... Drwiąca ze wszystkiego, sentymentalna, kapryśna, mknąca sobie znanymi, arbitralnymi drogami. Czy jestśmy już po stronie przeszłości? Być może zawsze tam byliśmy...
wtorek, 09 listopada 2010
Próba techniczna
piątek, 22 października 2010
Romantic płuco...;)
Anais Oisline, Point par point - entre corps et espace (Punkt po punkcie - między ciałem a przestrzenią), 2010
wtorek, 14 września 2010
Comme un come back!
A na osłodę na razie mały powakacyjny clin d'oeil. Lato się skończyło, ale czy mamy rezygnować z tego?...:) Młody osiadły w Paryżu kreator Vincent Schoepfer ciekawie przekracza rodzaje płciowe w swych kolekcjach. Romantic boys are back, comme moi, jak ja, jak mój come back...
Vincent Schoepfer, wiosna/lato 2010
wtorek, 20 lipca 2010
Brutalne włamanie
Chciałam się podzielić z moimi czytelnikami okropną historią, która zdarzyła mi się, gdy próbowałam wrócić do pisania bloga na początku czerwca (tak, tak nareszcie poczułam, że wiatr wieje w żagle...). Jednak na moje konto na Flickr, skąd postuję zdjęcia, odbyło się włamanie jakiegoś brutalnego hakera. Dlatego zdjęcia zniknęły. Cały ten czas próbuję to wyjaśnić z yahoo, co jest bardzo trudne i oporne, pokonuję szczeble łączenia się z załogą tej internetowej instytucji i otrzymuję, jak na razie, tylko obietnice. Niniejszym ogłaszam dwumiesieczną oficjalną przerwę do czasu wyjaśnienia tej historii i do końca wakacji. Proszę bawić się dobrze!
środa, 03 lutego 2010
Biżuteria w szpitalnych łóżeczkach
pierścionek Egratigna Angélique, białe złoto, diamenty, emalia To w miejscowości Milly-la-Fôret, gdzie miał posiadłość, Christian Dior uprawiał ogrodek i zaczytywał się w ogrodniczych katalogach. Po jego śmierci na liczbę bukietów złożonych przez Paryżan pod Łukiem Triumfalnym trzeba było wydac specjalne pozwolenie. Castellane i Troncy w pięciu niemowlęcych łóżeczkach zaprezentowali 38 sztuk nowej kolekcji. Celebrując "les bébés", jak nazywa Castellane swoje dzieła, swoistym aktem chrztu w Grand Palais, celebrowali akt dziwnego macierzyństwa i dziwny mariaż bujnej żarłocznej fantazji z dziką wyobraźnią. "Milly Carnivora ostanie zaprezentowana w pięciu łóżeczkach. - mówił Troncy - To będzie trochę surowe, dziwne, coś pomiędzy Wschodnią Europą a Davidem Cronenbergiem...". Słynne muzeum zamienione na niemowlęcy pokój o przezroczystych kołyskach, w któych mienią się wszystkie kamienie szlachetne świata i wszystkie barwy tęczy w postaci najmnjeiszych babys świata, mimo, że queen size...
widok wystawy w Grand Palais, u góry na zdjęciu Victoire de Castellane pierścionki Epinosa Diamants (białe złoto, diamenty, cytryny, rubin, ametyst, szafir, granat i emalia) i Magnatus (złoto, diamenty, granaty, emalia)
obok pierścionka Egratigna Angélique drugi z serii Egratigna: Chipie, pierścionek i kolczyki Epinosa Verte, białe złoto, diamenty, cytryny, rubiny, ametysty, szafiry, granaty, emalia
pierścionek Ancolia, złoto, diamenty, rubiny, emalia Czy palec bywa żarłoczy, nawet wtedy, gdy jest kwiatem? Ciało i mięso, złoto i zieleń. Czy kwiatowa mięsożerność, złotoustność, złotocielcość jest dla palca tego światem? Planuję i poluję na skarby, aż sama jestem złapana w łup. Drogocenna błahostka czy niepozorny skarb mają sobie to za żart? Planuję, poluję i pilnuję. Żarłoczność ciała i chciwość duszy, złota asceza, przepych po uszy. Kluczowe serce trzyma się sługi. Przesada w udawaniu i umiejętność w nadawaniu. Rozrzutny gest czyni naturę bogatą. Bujna żarłoczność, pożądliwa chciwość, mięsna roślinność. Nadmiar natury, dar miniatury. Roślinna dekadencja. Gorączka złota. Nienasycony apetyt. Bulimia i wspaniałomyślność - czy mają jeden korzeń?...
kolczyki i pierścionek Carnivora Devorus, złoto, diamenty, granaty, szafiry, emalia, kolczyki Chardonus, złoto, ametysty, beryle, granaty, tanzanit, szafiry i emalia ... To prawda - na dnie przezroczystych kołysek drzemią czasem prawdziwe skarby...:))))
http://www.diorjoaillerie.com/fr/jewelry_fr.html Ines van Lamsweerde i Vinoodh Matadin, L'appel de la Fôret, Vogue, Septembre 2008 |