Blog > Komentarze do wpisu
Tryptyk Holocaustowy...

  7 maja uroczystym pokazem filmu "W ciemnościach" Agnieszki Holland (2011) rozpoczął się brukselski festiwal jej filmów. A ja miałam okazję obejrzeć dzieło, które bardzo pragnęłam poznać po lekturze innych "holokaustowych" filmów ostatnich lat  "Joanny" Feliksa Falka (2010) i "Pokłosia" Pasikowskiego(2012). I mimo wszystko muszę przyznać, że...nie przekonują...

"Joanna" być może miała najwięcej szans. Film opowiada historię przyjaźni-miłości dwóch w różnym wieku żeńskich bohaterek, tytułowej Joanny, wdowy jak się okazuje po poległym polskim oficerze oraz małej żydowskiej dziewczynki. Obie spotykają się przypadkiem w sytuacji łapanki i gdy Joanna decyduje się ukrywać i niejako "adaptować" nieznaną małą polską Żydówkę, wytwarza się pomiędzy nimi rodzaj matczyno-córczanej więzi. I jest to pokazane bardzo ujmująco. Wymowa tego "urodzinnienia" stosunków polsko-żydowskich jest bardzo pociągająca i nowatorska...Jednak szybko się kończy...Główna bohaterka "zbrukana" przez nazistowskiego generała, który wymusza na niej seks w zamian za przymknięcie oka na przechowywanie dziewczynki, zostaje "zhańbiona" ogoloną głową przez polskie podziemie. Inrtygujący zrseztą sposób pokazania seksualnej przemocy, który w gestach karania kolabrantek, był zawarty. Ale nadmiar patosu przeszkadza w odpowiednim odebraniu filmu, który właściwie zamiast "Joanna" mógłby się nazywać "Zbrukana". Ta nowa "Polonia" podwójnie shańbiona szuka ukojenia w zaśnieżonych szczytach gór, gdzie idzie na pewna śmierć (tu ulubione miejsce wycieczek z mężem, o którego śmierci dowiaduje się od faszystowskiego gnębiciela-kochanka), oddawszy uprzednio dziewczynkę do klasztoru u sióstr. Smuci fakt, że w obliczu tylu przeciwności losu, młoda polska kobieta nie znalazła w sobie żadnej siły, aby po raz kolejny nie zawieść dziecięcych miłosnych uczuć małej dziewczynki, której matka, wiemy to na pewno, już straciła życie w skutek łapanki. Los żydowskiego dziecka pozostaje ciągle zewnętrzny wobec patosu i martyrologii polskiego losu...

Kadr z filmu "Joanna" Feliksa Falka

Patos jest także czymś co całkowicie kładzie "Pokłosie" Pasikowskiego. Reżyser "Psów", które po latach zyskują, zwłaszcza oglądane jako film polityczny, zdawał się mieć predyspozycje do nakręcenia filmu o wydarzeniach w Jedwabnem, których opisanie przez Jana Grossa w 2001 roku, wstrząsnęło sceną polskich historyków i przerwało jej zamknięcie na antysemityzm. Pasikowski ponadto nie próbował nigdy być wieszczem i to dodatkowy atut, który tragiczne wydarzenia mógł by pozwolić mu odpowiednio "podejść". Pojawia się tu też próba ciekawego "urodzinnienia" historii żydowskiej z polskiej perspektywy. Jeden z głównych bohaterów odkrywa w sobie kompulsywne niezrozumiałe pragnienie odzyskiwania (z rozbitych dróg, użytych jako ich materiał budulcowy) i gromadzenia żydowskich płyt nagrobnych. Okazuje się, że jest potomkiem tych, którzy zainicjowali anty-żydowski pogrom podczas wojny, aby przejąć lepsze żydowskie domy... Atmosfera thrillera, znakomicie opisująca wrogość, jaką swą nową manią budzi w innych mieszkańcach wioski - ciągle zawziętych jako anty-semici - dała by sie jeszcze obronić. Ale pomimo szekspirowatości owej nienawiści i w ogóle politycznych napięć w tym filmie, co udaje się pokazać wcale nieźle, zadziwia nadmiar patosowej symboliki. A to bracia (bo do maniakalnego kolekcjonera, od którego uciekła żona, przyjeżdża zaniepokojony brat z zagranicy), odkrywając masowy grób w ruinach swego dawnego domu, zupełnie niepotrzebnie po hamletowsku wydobywają czaszki, a to  żeńskie wcielenie Wajdeloty - starsza kobieta wioskowa - opowiada, pojawiwszy się nagle, dzieje z przeszłości, a to kolekcja maceb- żydowskich nagrobków -umieszczona jest pośród zbóż, w pszenicznym łanie, dając nazbyt wyrazisty kontekst... Nachalność tych obrazów jest pełna emfazy. A już "ukrzyżowanie" jednego z braci przez ciemny zawzięty wioskowy lud na drzwiach stodoły jest wręcz...śmieszne. Ta drwina z Polski jako Chrystusa narodów jest może w zamierzeniu słuszna, ale w wykonaniu nieudana. Nadmiar patosu zabija autentyczność, a jego efektem staje się nuda....

fragment plakatu filmowego "Pokłosia" Pasikowskiego

Ponadto z niewiadomych względów Pasikowski omija ten aspekt historii, wedle którego w prawdziwym Jedwabnem, będącym pod wpływem endeckiego księdza, ksiądz ów w wybuchu nastrojów antysemickich odgrywał rolę decydującą. W filmie "Pokłosie" stary dobry ksiądz sprzyja poznaniu prawdy, ochraniając bohaterów przed linczem. Dopiero jest następca, który ma zostać mianowany, jest postacią wielce nieprzyjemną. To widoczne w postaci księdza rozbicie na dwie skrajne postaci Dobra i Zła zaburza w filmie percepcję autentycznego historycznego zła i możliwość jego analizy. Brak diagnozy politycznej i społecznej dynamiki napięć, które doprowadziły do masowego ludobójstwa, jest wyraźną słabością tego filmu.

Rozwalanie mitu "dobrego AK-owca", które polskie kino historyczne  kupiło "w ciemno" na stałe (choćby takie filmy jak "Róża" czy "Rewers") przewartościowuje film "W ciemnościach" Holland i to jego plus. Przedstawia on historię prostego człowieka z nizin, lwowskiego kanalarza. Stał się bohaterem mimo woli, ratując od Zagłady kilku Żydów i przechowując ich w kanałach miejskich. Film mistrzowską, wprawną ręką pokazuje przemianę prostego człowieka, który w sytuacji wybuchu bestialskich sił wojny, pomału zaczyna się utożsamiać emocjonalnie ze swoimi "przechowańcami". I wszystko tu raczej dobrze buduje pejzaż - mimo szczegółu: już to nadmiernie jakoś agresywno-zwierzęcych, już to po hollywoodzku, konwencjonalnie wyidealizowanych scen seksualnych. "W ciemnościach" to także "urodzinnienie" polsko-żydowskiej historii: po nadejściu Rosjan i wyzwoleniu żydowskich bohaterów (przetrwania) z kanałów, polski kanalarz krzyczy: "to oni! moje żydki!!!"... Ambiwalentna protekcjonalność tego krzyku jest wzruszająca, a jednak znowu mam wrażenie nie udało się reżyserce (znamienitej skądinąd!) zbudować wielowarstwowego choćby pod względem etnicznym tła akcji. Lwów jawi się tu jako polskie miasto, Ukraińcy są w  nim prawie przybyszami z kosmosu, obecność żydowska jest ograniczona do "dealowania" z polskim modelem tożsamości, co niby uzasadnia cel filmu, ale czyni jego akcję jakoś ahistorycznie wyabstrahowaną.

kadr z "W ciemności" Agnieszki Holland

Mimo niezwykłej genderowej wrażliwości, jaką reżyserka dzieli się z nami w pierwszej części filmu, gdzie widzimy grupę kobiet w upokarzający sposób pędzonych nago na rozstrzelanie w lesie, nic z tej wrażliwości nie przenika później ani do scen intymnych (tu zgroza!), ani do relacji między płciami (bywają one pokazywane bardzo wulgarnie, ale i sztampowo). Wielogłosowej opowieści o egzystencji, która przecież jest także każda opowieść o Zagładzie, przeszkadza jakaś monolityczna narodowa sztampa, która się na nią wciska. Wzruszenie i podziw dla zwykłego kanalarza, który przechodzi tak wielką przemianę wewnętrzną, wytłumia jakoś - nie wiem jak to nazwać - jakaś ogólna zarozumiałość, z którą film ją pokazuje.

Niedawno na łamach "Krytyki Politycznej" Jacek Dobrowolski opublikował esej o kondycji polskiego filmu, esej, który jest właściwie manifestem "o nowy kapitalistyczny realizm". Autor piętnuje tu upodobanie polskich reżyserów do metafizycznych analiz w stylu "Unde Malum?" kosztem niechęci do pracy nad opowieściami, które próbowały by zmierzyć się jakoś z prawdą młodego kapitalistycznego społeczeństwa na dorobku, z jego problemami społecznymi i walką o władzę. Mieszczaństwo ciągle nie jest podmiotem tych filmów mimo gwarancji atrakcyjnych zdawało by się filmowych tematów i możliwości mówienia o egzystencji, poszukiwaniu wolności, zmierzaniem się z jej ograniczeniami. Nadmierna skłonność do symbolizowania i pouczania zabija w zarodku bohatera niepewnego, który popełnia błędy, naprawia je, odnosi małe i duże zwycięstwa. W pewnym sensie krytykę tę można rozciągnąć na film historyczny. Być może więcej przestrzeni pozostawionej na przeżywanie dramatycznych wewnętrznych konfliktów, związanych z pragnieniem wolności, przyjemności i samorealizacji, które w końcu fundują nowoczesną indywidualność, uczyniłoby również i historyczne filmy bardziej uniwersalnymi? Ukróciłoby ich manię do zmierzania w stronę symbolicznych moralitetów, których dzieje z góry wydają się od razu pasywne, nim jeszcze dobiegną się do końca. Właśnie brak dynamizmu, głębokiego napięcia i zaskoczenia, powoduje chyba, że z omawianych filmów widać, iż mimo wysiłków Zagłada ciągle jeszcze nie stała się częścią naszej historii i wrażliwości, jeszcze ciągle nie "urodzinniliśmy" jej historii. Na przeszkodzie temu stoi zbyt sztywny, obciążający model polskości.  

 

http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/film/20130514/dobrowolski-o-realizm-kapitalistyczny

 


środa, 08 maja 2013, agata_araszkiewicz

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: