Blog > Komentarze do wpisu
Ruiny (polskiej) nowoczesności: Matka Boska i Emilka...

    Wszystko płynie, upłynąl także i czas kiedy nas tu nie było...Zaplanowałam powtórne otwarcie bloga po długiej przerwie na połowę maja (tak się złożyło, że te miesiące spędzam w Warszawie) i wydarzenia nie kazały na siebie długo czekać. Warszawa po długiej nieobecności uderza swoim dynamizmem, ogromną potencjalną siłą związaną z przepływami mas ludzkich, energii, słów, zdarzeń i spotkań. Na ile jej życie kulturalne spełnia tę potencję, a ranga wydarzeń artystycznych odpowiada drzemiącym w nas możliwościom przyjdzie sprawdzi. Choć pamiętajmy, że i tu przede wszystkim wszystko-płynący czas wyda ostateczny wyrok...

Przez prasę toczą się aktualnie debaty dotyczące rangi, ambicji i miejsca kultury polskiej. Dlaczego tak wiele tworzących ją mechanizmów odzwierciedla sposób istnienia kultur peryferyjnych - w odróżnieniu od zdolnych wypracować samoistne, autonomiczne i narzucające się znaczenia kultur centralnych? Czy możemy liczyć na dobrze pomyślaną politykę kulturalną, która powinno prowadzić samo państwo?

Póki co oddajmy głos inicjatywom "oddolnym", cywilnym rękom rynku sztuki czyli prywatnym galeriom. I przypada mi w udziale zaszczyt mówienia tutaj o nowo powstałym, niedawno otwartym miejscu na prawym brzegu Wisły - galerii BWA Warszawa na Saskiej Kępie. W ubiegły weekend odbyło się tam uroczyste otwarcie - miły popołudniowy piknik.

Mała kamienica - jakich tu wiele - została niedawno kupiona i częściowo wyremontowana przez architekta Wojtka Popławskiego i kulturową aktywistkę Lucynę Sosnowską. Dom podzielony po wojnie na kilka małych PRL-owskich klitek (jedną z ostatnich jego właścicielek była Christine Podlasky -  aktorka-ikona z filmu Miś) obrosły jest w wiele legend związanych jeszcze z przedwojennym życiem artystycznym. Dziś ma stać się kulturalnym schronieniem w tej oazowej pełnej zieleni dzielnicy, gdzie czas zdaje się płynąć (znowu!) inaczej. I teraz zatoczył pętlę. W dawnej pracowni Mieczysława Lubelskiego i jego mieszkaniu (zbudowanym w 1928 roku przez architekta Czesława Przybylskiego, znanego z Domu bez Kantów) prócz BWA docelowo zaistnieć mają jeszcze dwie inne galerie, winiarnia oraz kawiarenka, która poprowadzona zostanie przez dawnych właścicieli kultowego praskiego klubu Saturator (ożywcza mieszanka bourgeois i trash?). Mieszkali tu m.in.: artystyczne pary Elżbieta i Emil Cieślarowie (rzeźbiarze), zajmująca się ceramiką Barbara Turkiewicz-Gutt oraz wykładowca nowo powstałęj Katedry Mody na warszawskiej Akademii Wiktor Gutt. Duch Oskara Hansea, czy Agnieszki Osieckiej przewija się przez to miejsce. Dom Funkcjonalny - bo tak nazywa się całość nowej przestrzeni - został brawurowo otwarty 7 maja. Otwracia dokonano pod hasłem ze sztandarowego tekstu Tomka Platy (obok Justyny Kowalskiej i Michała Suchory - jednego z trzech właścicieli BWA), towarzyszącego wernisażowi i głoszącego, że "modernizm jest naszym toksycznym tatusiem"... Nie możemy się od niego uwolnić, ani z nim żyć... Czy Dom Funkcjonalny zafunkcjonuje inaczej?

Małgorzata Szymankiewicz, bez tytułu

I tu potrzebny jest mały wtręt. (Och tych wtrętów powinno być więcej na przykład: o witaj pisanie bloga! witajcie techniczne dłużyzny załączania zdjęć! witajcie capslocki, gdy was nie potrzeba i delet-y, które kasują nieproszone całe partie starego tekstu, gdy chcecie wpisać coś ważnego i nowego! witaj zawieszenie w sieci, po ktorym znika cały pisany przez godzinę wpis! - choć można było pogadać z kimś miłym przez ten czas. Och, miejmy nadzieję, że tego zniechęcającego znikania będzie jak najmniej, czego byśmy sobie wraz z Państwem życzyli!...)....

A teraz na poważnie: mój prawdziwy mały wtręt dotyczy sprawy dużo ważniejszej. Obecny przyjazd do Polski, tym razem na trochę dłużej, zdarzył sie oczywiście tuż przed świętami Wielkanocy. Dzięki uprzejmości jednego z przyjaciół miałam więc szansę uczestniczenia w finale wielkiego Festwialu Beethovenowskiego w Filharmonii Narodowej w Warszawie. "Pasja" Krzysztofa Pendereckiego dyrygowana przez samego kompozytora w Wielki Piątek w naszej stolicy katolickiego kraju. Utwór wybitny, z rozmachem, które brzmi ciągle wzniośle i atmosfera pełna podniosłości. Na widowni luminarze kultury i sztuki, dygnitarze państwowi. Krzysztof Penderecki w formie naprzeciw swego monumentalnego dzieła. Prócz orkiestry ogromny wieloczłonowy chór, który zajmuje także znacząco miejsca balkonowe. Nieco mniejszy chór chłopięcy na scenie. Orator (w tej roli Krzysztof Gosztyła) czyta po łacinie fragmenty Ewangelii. Dwóch śpiewaków obok niego wygląda uroczyście. Jeden z nich śpiewa także po łacinie partie Chrystusa. "Pasja" to był utwór w zamierzeniu subwersywny, pisany w samym środku PRL-u był kulturową kontrabandą, sytuowaniem się w opozycji, próbą przemycenia innych znaczeń. Jak to się dzieje więc, że dzisiaj w ten Wielki Piątek, podczas uroczystego zamknięcia festiwalu tym brawurowym niegdyś utworem, znamionującym wyjście z kryzysu, przemienienia męki pańskiej w zwycięstwo, upadku w trumf itd., owszem brzmi wspaniale, bardzo pięknie...ale poza tym nie zdarza się nic... Żadnego odkupienia, żadnego katharsis... Dziwna wymowa łaciny, jakby obca - każdy (chór, orator, śpiewak) sobie... Rytuał zostaje odbębniony, ale pozostaje martwy, drewniany, razi pustką, której nie daje się wypełnić i całkowitym brakiem interpretacji, nadania znaczenia temu misterium, które tu się wydarza. Czy naprawdę ono dla nas dzisiaj nic nie znaczy? Zabici (również w kulturze) własnym zwycięstwem? Mamy potrzebę własnej klasyki, ale po co? Co chcemy nią opowiedzieć? co zaznaczyć? Dlaczego przestaliśmy chcieć się przewartościować? (Standing ovation oczywiście na końcu...)

Mam ogromny szacunek dla rzeczy genialnych, ale czy nie trzeba zawsze na nowo ich prze-(s)twarzać? zawsze na nowo je rozumieć? czy żadnego misterium odkupienia tu nigdy nie będzie? Tkwimy w przepaści między przeszłością a przyszłością, dawnym cierpieniem i wielkością a niemożliwością odnalezienia nowego wielkiego wymiaru. Teraźniejszość jest mała.

Przed Domem Funkcjonalnym stała mała rzeźba (obecnie w rekonstrukcji) Matki Boskiej Jakubowskiej (od nazwy ulicy), która jak głosi kolejna legenda została zbudowana przez mieszkających tu robotników budujących niegdyś Pałac Kultury z przemyconych z budowy wykradzionych odpadków. Z jednej strony powstawał ogromny gmach, który zdominował kształt miasta na długo, będąc symbolem zniewolenia państwa, z drugiej mała rzeźba w ogródku - rekonstruująca w religijnym symbolu znak buntu i osobistej niezgody. Ten zwielokrotniony brak wolności dał się nam wszystkim przez ostatnie 20 lat bardzo we znaki. Odejście od totalitaryzmu i popadnięcie w religijny reżim to jakiś problem polskiej wyobraźni (w sensie kulturowym, symbolicznym, politycznym). Jak znaleźć tu szczelinę dla nowego konstruowania wolności, jak wejść wreszcie na trzecią drogę?

 

 Matka Boska Jakubowska przed rekonstrukcją

 Dom Funkcjonalny zapowiada się wielofunkcyjnie. Powstała w nim galeria BWA ma wszelkie znamiona nowego typu galerii - prezentującej przemyślany wybór wychodzący naprzeciw rynku sztuki. Takich miejsc powinno być więcej. Miejsc, które rozcieśniają sposób funcjonowania polskiej sztuki (nawet jeśli rynek jak wiadomo nie jest jej najlepszym i jedynym sojusznikiem). Jest na to przestrzeń, która powinna uregulować sposób istnienia (i egzystencji) wielu artystów. Między stylem Fundacji Foksal a stylem galerii Raster, między Wschodem a Zachodem, między dawnymi sposobami funkcjonowania i przepływami również artystycznych treści a nowymi możliwościami w nowej sytuacji. Teraźniejszość to także małe kroki.

 

Dom Funkcjonalny na Saskiej Kępie

Wybór artystów BWA (mam tylko trochę problem z tą nazwą - cytatem z przeszłości...) broni się już na wstępie m.in.: Adam Adach, Agnieszka Kalinowska, Nicolas Grospierre, Angelika Markul to nazwiska rozpoznawane. Zaprezentowano tu ich prace konsekwentnie, jednocząc je pod hasłem odwołania do modernizmu. "Modernizm, cudo, gówno..." jak lakonicznie ujął to jeden z widzów, "toksyczny tatuś" jak chce tego Plata, nasze dziedzictwo, które niedzarnie próbujemy przekroczyć. Zwłaszcza tu w zniszczonym, odbudowanym po wojnie z zaniżonymi modernistycznymi standardami jakości, mieście  ma to dodatkowy sens. Magiczne koło bez wyjścia jak ujmuje to dziwna rzeźba Małgorzaty Szymankiewicz swtorzona z fragmentów mebli  Domu Meblowego Emilka, wyzanczającego horyzonty komfortu i stylu w PRL-u i latach 90-tych. "Plądrujemy ruiny rzeczywistości"- zatytuował swój wprowadzający tekst Tomek Plata. "Plądrujemy riuny nowoczesności" - chciałoby się powiedzieć (och, czy nowoczesność planowała widzieć się w ruinach?...). No i ciekawe co na tych ruinach wyrośnie?     

 

 

 przed pracą Agnieszki Kalinowskiej Welcome

 Nicolas Grospierre i Concrete Jungle 

 Michał Suchora z modernistyczną Żytnią...

 

 

 

 

 

 

 

 przed pracą Jarosława Flicińskiego

od lewej: Adam Adach, bez tytułu (z cyklu Ślepe fasady), Agnieszka Kalinowska, bez tytułu i seria zdjęć Nicolasa Grospierre'a Hydroklinika

W post-scritpum dodam, że prawdopodbnie wraz z przenosinami chłopców z Saturatora w kawiarence odżyje tez moja saturatorowa gablotka... No cóż - zaczęła się ona od tego, że raz w praskim klubie zostawiłam parasol. Po 2 latach ostatnia jej edycja z listopada zawierała moje dwie parasolki, które nosiłam na zmianę. W związku z tym posługiwałam się trzecią dziurawą, starą i zniszczoną, signé Jean Paul Gaultier... A propos tego, co stare w polskiej mentalności - jestem roztrzepana i teraz po wernisażu także zostawiłam parasolkę. Jednak tym razem nie odnalazła się, chyba "zginęła" na zawsze...

BWA Warszawa, ul Jakubowska 16, Saska Kępa w Warszawie

http://www.domfunkcjonalny.org/pl_

dziękuję za zdjęcia Bartoszowi Górce

środa, 18 maja 2011, agata_araszkiewicz

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: