Blog > Komentarze do wpisu
Last days...

  Ten okres roku zawsze sprzyja najróżniejszym podsumowaniom i nostalgicznym zwierzeniom. Tym razem na epokę Pana Scrooge'a jestem szczególnie podatna. Trudny rok dla bloga (jak widać!) i dla mnie...

Właściwie od czerwca nie udało mi się pokonać trudności technicznych związanych z przejściem na nowy nośnik zdjęciowy, także dlatego, że mam tak mało czasu, że każda dodatkowa trudność staje się niemożliwością. Nie chodzi tylko o bycie mamą - skończyłam swoją drugą książkę i próbuję skończyć doktorat. Nadrobić związane z ciążą zaległości. Blog jest z pozoru najmniejszym z moich zmarwień (ulotny, ale trwa, domagający się obecności, ale cieprliwy, zmienny, ale zawsze można do niego wrócić...), ale jego "upadek" martwi mnie najbardziej. Ilez ataków depresji mogłam przegonić małym, zręcznie zrobionym, szybko nakreślonym wpisem... A tak - ani wolności od depresyjnej niemocy i braku siły, ani wpisów... Jednak miejmy nadzieję, że wszystko dobre, co się dobrze kończy. Prawdopodobnie będę mogła wrócić na całego na łamy bloga po pierwszym kwartale przyszłego roku!!! Może wcześniej uda mi się zacząć reperować skutki brutalnego włamania do zasobów zdjęć.

 Póki co, jeszcze jeden nostalgiczny wpis - ostatnie dwie edycje mojej gablotki w warszawskim Saturatorze. Od kiedy powstała gablotka - a właśnie obchodziliśmy jej drugą rocznicę, ktoś czasem wspomina mi, że widział gdzieś inną gablotkę. Jednym słowem gablotka otwiera na inne gablotki - ich obecność czy konieczność obecności w naszym życiu. I nie chodzi tylko o generała Świerczewskiego...:)

Jedną z "gablotek", o której mowili mi uparcie znajomi jest kącik Diany i Didiego w londyńskim Harrodsie. Ostatecznie zwiedziałam to miejsce nie raz, ale bardziej przypomina ono mauzoleum.

 

 Memorial Diany i Dodiego w Harrods w Londynie

 W podziemiach wielkiego gmaszyska sklepu znajduje się mała przetrzeń poświęcona tragicznie zmarłej parze - jej kiczowatość i nadmiar atencji tłuamczyć można bólem zrozpaczonego ojca (do niedawna Harrods należał do ojca Dodi Al Fayeda). Mamy tu i sztuczny kwiat, i szumik wodospadu, i portrety zmarłych w konwencji ślubnej, oprawionych jak gdyby w obrączki i zjednoczonych gołąbkiem pokoju...

W gablotkach jest coś z nieobecności, z nostalgii, z nicości. Taka była geneza w końcu mojej warszawskiej gablotki z parasolką - która powstała tam, ponieważ mnie nie było... (Niestety pozostałe edycje póki co są niewidoczne z powodu włamania...). I nie bez powodu przywołuję ten aspekt w tej chwili - dlatego, że prawdopodobnie ostatnie dwie edycje gablotki (które omawiam tu zbiorczo...) będą w ogóle jej ostatnimi edycjami... 

 Pantha rei - moja gablotka  w warszawkim Saturatorze, wydanie z czerwca 2010

 Dealowanie z nieobecnością z definicji wiąże się z kiczem, nadmiarem uczuć, czułostkowością. Sama idea konceptu gablotki przesiąknięta jest kiczem, tak jak silnie związna jest z uczuciami, pamięcią, stylem zapamiętywania i zaznaczania śladu. Gablotka jest rodzajem świadectwa tego, co mogło by być, co mogło by istnieć, gdyby nie przeszkody - oddalenie czy śmierć. PRL-owskie szkolne gablotki zawsze poświęcone były zmarłym. Nieobecności sfetyszyzowanej - można łatwo wyobrazić sobie, że status religijnych relikwii również jest "gablotkowy". Święty piszczel ma tu podobne swoje miejsce jak pierwszy wypadnięty ząb - epos zwany rodziną dużo miejsca poświęca swoim oddzielnym relikwiom, a także przeznaczaniem dla nich miejsca.

 

Epos zwany egzystencją również. Ten rok była rokiem odwrócenia uwagi. Wszystko, co dotąd mnie zajmowało z konieczności zeszło na drugi plan, a całość wypełniło pochłaniające fizycznie doświadczenie macierzyństwa. Możliwe, że gdyby nie dopełniły go kupno nowego domu i ogromna, trwająca tak naprawdę wiele miesięcy przeprowadzka z dzidziusiem na ręku, rónowaga odnalazła by się nieco szybciej. Gdy przyjechałam na chwilę do Polski w czerwcu trudno mi było wybrać inny temat do gablotki niż moja po-ciążowa nadwaga - zaznaczająca swoją doniosłość wszędzie i cały czas - podczas przesuwania kartonów, chodzenia po schodach, opiekowania się dzieckiem.

Czy wiecie, że cztery kostki masła to kilo nadwagi? Umieściłam je na czerwonym dywanie - symbolu najwyższego glamouru naszych czasów. Uosabiają coś całkowicie wobec tego glamouru - zawsze slim! -przeciwstawnego. A jednak są majestatyczne, złote i pełne ciężkiej elegancji, co za paradoks! Pantha rei - wobec tego, że masło może stopić się jak śnieg i że wobec walki z mechanizmami natury mozna uzbroić się w jedyne narzędzie - czas...:)

 Sarmen Beglarian, Hubert Czerepok, Agnieszka Tarasiuk, Piotr Wyoscki na wieczorku ostatniej edycji gablotki, listopad 2010, Saturator

W listopadzie, będąc po raz kolejny w warszawie, rozesłałam smsa do wielu znajomych, zapraszając ich do wzięcia udziału w ostatniej gablotkowej akcji. Pisałam, by przeniesli, co chcieli - "sen, marzenie, ziarno lęku..." i co będzie mozna włożyć do gablotki prawdopodobnie po raz ostatni, by ją tym razem stworzyć wspólnie. Ja zdecydowałam się oddać moją drugą parasolkę.

 Przez cały wieczór zbierałam drogocenne dary...:)

 W ręku trzymama dary m.in. od Sarmena Beglariana i Huberta Czerepoka

 

 "Dziewicza" w pierwotnej wersji gablotka (od tego się zaczęło) i dary...

 Tego wieczoru impreza w Saturatorze...toczyła się właściwie niezależnie od gablotki, choć z nią w tle...

"...Sen, marzenie, ziarno lęku..." - ostatnia, listopadowa wersja gablotki z udziałem: Sarmena Beglariana, Huberta Czerepoka, Piotra Wysockiego, Dominika Jałowińskiego, Zuzanny Janin, Agnieszki Kurant, Oli Józefowskiej, Karola Słowika, Maksa Matuszewskiego, Magdy Środy, Agnieszki Grzybek, Marka Flisa, Katarzyny Herman, Tomka Brzozowskiego...i innych...

Dlaczego ostatnia? Prawdopodobnie wiele się zmieni już wkrótce, jeśli chodzi o jej schornienie, ale zobaczymy...:) Gablotka to w końcu prezent, nie można być zbyt kapryśnym...

 

 

Tym razem po wyjeżdzie z Warszawy udałam się znowu do Londynu, gdzie na wysstawie w Saatchi Gallery o młodych brytyjskich talentach odnalazłam (za podszeptem Ani Baumgart) taki oto ślad, aluzję, wzmiankę, pendant...do gablotki.

 

Ximena Garrido-Leca, The Followers, 2010

U tej artystki gablotka powraca jako wspomnienie pośmiertne - to tak naprawdę półeczki cmentarne, upamiętniające zmarłych jak groby. Sparwiają wrażenie tak żywych, jak kiczowatych, tak przepełnionych dobrą wolą, że uchybiającym zasadom dobrego tonu. I taka właśnie jest pamięć, lub inaczej - chęć zapamiętania... Drwiąca ze wszystkiego, sentymentalna, kapryśna, mknąca sobie znanymi, arbitralnymi drogami. Czy jestśmy już po stronie przeszłości? Być może zawsze tam byliśmy...  

 

 

 

 

 

czwartek, 23 grudnia 2010, agata_araszkiewicz

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/12/29 16:29:17
Kto skradł/a Femidony i prezerwatywy LOVE - LOVE?
Nieobecne w ostatecznej wersji gablotki.
Nieoceniona strata!
-
2010/12/30 20:15:26
Podobno skradl pewien osobnik o inicjalach M.St....
-
2010/12/30 20:37:58
(ale naprawdę nie chcę wyciągać konsekwencji!...:)...)