Blog > Komentarze do wpisu
Althamer i Afryka - mail od Olgi Stanisławskiej

  Pragnę przytoczyć niezywkle ciekawego maila, jakiego dostałam z Paryża od Olgi Stanisławskiej 29 czerwca na temat postu Złoty dzień w Brukseli:

O zlotej ekspedycji wszystko bylo bardzo ciekawe! Nie podoba mi się jedynie zdanie: „podróż inicjacyjna do Mali, gdzie artysta odwiedził prymitywne plemię, podające się za przybyłe z kosmosu.”

Bardzo się cieszę, że Althamer, którego bardzo cenię, pojechał do Mali, i że jego podróż przyczyniła się do poszerzenia sfer, z których czerpie polska sztuka i wyobraźnia. Szkoda, żeby funkcjonowała w polskiej krytyce w sposób, który jedynie utwierdza stereotypy rodem, z Arkadego Fiedlera.... ! Prawda jest taka, że niektóre słowa działają na mnie źle... Problematyka feministyczna i postkolonialna mają, jak wiadomo, bardzo wiele wspólnego. O ile jednak problematyka feministyczna w Polsce ma się, między innymi dzięki Tobie, znacznie lepiej, o tyle na gruncie problematyki postkolonialnej jest jeszcze wiele do zrobienia. Dawny język mówi nami, i pewne rzeczy wciąż są w ususie...

 1.      Słowo „plemię”. To egzotyzujące słowo wyszło z użycia w każdym dyskursie poza Polską i poza „National Geographic”, które żyje z fantazmów egzotyzujacych Innych. W tym egzotyzującym dyskursie, my mamy grupy etniczne, a oni mają plemiona.(Podobnie gdy tłumaczy się w „Problemach z kulturą” Jamesa Clifforda „Indian languages” jako „indiańskie narzecza”. A czemu nie języki? My mamy języki, a oni mają narzecza? Z jakiej racji? Okazuje się, że polski usus wciąż tutaj włada...). Załączam fragment ze wstępu do książki Jeana Hatzfelda o Rwandzie, który właśnie napisałam dla Wydawnictwa Czarne. Wszędzie, gdzie Hatzfeld pisze „groupe ethnique”, tłumacz dał „plemię”. Zostało to zmienione dopiero po moich postulatach... Ale poczułam, że sprawa jest ważna i nawiązałam do problemu słownictwa we wstępie. Słowa nie są moralnie neutralne. Określenie „plemię”, dawno zarzucone przez antropologów, powraca nadal w Polsce, gdy mowa o Hutu i Tutsich, choć nie użylibyśmy go na przykład w odniesieniu do Basków czy Walijczyków. To jedno słowo wystarczy, by zepchnąć dyskusję z terenu polityki, zarezerwowanego dla dzisiejszego Zachodu, zamieszkanego przez różne grupy etniczne, na teren tradycyjnej antropologii, zarezerwowany dla „prymitywnych” obszarów świata, zamieszkiwanych właśnie przez „plemiona”. Otwiera się sematyczna pułapka, która nie pozwala nam dostrzec współczesności ruandyjskiego konfliktu, jego wpisania w naszą wspólną rzeczywistość.

Egzotyzacja Innego przez słowo „plemię” neguje podobieństwo między Nami, a Nimi i stawia ich na jakiejś innej płaszczyźnie.  Wiemy, że jest z tym moralny problem – to negowanie podobieństwa, wprowadzanie różnicy w języku, jest pierwszym krokiem do wszelkich kolejnych nadużyć, od zaniedbania solidarności, po rozmaite rasizmy i wszystko inne...: Odwoływanie się do kulturowych stereotypów i posługiwanie egzotycyzującym słownictwem, gdy mowa o terenach poza zachodem Europy, nie jest bez konsewencji. Pisząc o „atawistycznych nienawiściach etnicznych“, dziennikarze zwalniali się z obowiązku wyjaśnienia politycznych i ekonomicznych mechanizmów wojny, która toczyła się w Bośni. Zwalniali jednocześnie swoich czytelników z obowiązku rozliczenia własnych polityków z tego, co zrobili, by zapobiec masakrom. Wojna w Bośni toczyła się o trzy godziny lotu samolotem od Paryża, Londynu czy Warszawy, a jednak zepchnięto ją w inną czasoprzestrzeń – w obcy nam z definicji świat, rządzony obcą nam, „atawistyczną”, a więc z zasady niezrozumiałą logiką. W wojnie o bogactwa naturalne wschodniego Konga, która już po ruandyjskiej tragedii zdążyła pochłonąć pięć milionów ofiar, jedną z głównych stawek jest koltan, niezbędny do produkcji telefonów komórkowych. Etykietka kolejnej „rzezi plemiennej” w Afryce pozwala jednak zachodniej opinii publicznej przymknąć oczy na manipulacje zachodnich korporacji i na milczącą zgodę zachodnich polityków. Wzdychając nad „afrykańskimi ludobójstwami”, kolejni francuscy prezydenci bagatelizują potrzebę dyskusji o roli, jaką Francja odegrała w Ruandzie.

 2.      Słowo „prymitywne”. Nie ma grup etnicznych bardziej « prymitywnych » od innych. Co właściwie miałoby oznaczać to deprecjonujące, stygmatyzujące, i w istocie przemocowe  słowo...? Taka hierarchizująca kategoryzacja została zarzucona przez antropologów w latach 30. XX wieku, ponieważ nie dawała się obronić nie tylko moralnie, ale przede wszystkim naukowo. Nie wierzymy już  przecież w „postęp” ludzkości przebiegający liniowo. Społeczeństwa, które nie rozwinęły zachodniej techniki, szły po prostu innymi drogami – to, że to my okazaliśmy się najbardziej przebojowi, nie oznacza, że mieliśmy rację i nasze strategie podejścia do życia są najlepsze. Może się niestety wkrótce okazać, że na dłuższą metę wprost przeciwnie. Nie jesteśmy szczęśliwsi niż inni, za to zatruwamy planetę wszystkim.

Po tsunami BBC napisało „prymitywne plemiona” o mieszkańcach Andamanów na Oceanie Spokojnym, którzy są jedną z ostatnich grup ludzkich odmawiających kontaktu z resztą naszej cudownej ludzkości. Andamańczycy strzelali z łuków do helikopterów, które chciały im przywieźć pomoc, co rzeczywiście może się wydać dowodem wyjątkowej prymitywności. Przeciwnie jednak, to efektywna strategia, która przyniosła oczekiwany skutek – helikoptery zawróciły. Andamańczycy nie chcą pomocy, bo nie chcą kontaktu. Jeśli któregoś dnia dadzą się skusić, rząd Indii wybuduje na ich wyspach hotele, a oni, jako mniej przyuczeni do podawania drinków na tacy, i ogólnie pogardzani, zapewne wylądują w slumsach. Pomocy po tsunami nie potrzebowali, ponieważ jako jedyni na nim nie ucierpieli – potrafili rozpoznać jego zbliżanie i ewakuować na wyżej położone rejony.

BBC napisało „prymitywne plemiona” (moim zdaniem bardzo niesłusznie) o Andamańczykach, ponieważ stanowią rzadki przykład ludzi żyjących bez kontaktu z resztą ludzkości. Nie ma więc obawy, że przeczytają w gazecie to określenie, i zaprotestują.... Ani BBC, ani nikt, nie napisałby na przykład o australijskich Aborygenach „prymitywne plemiona”, bo musiałby się trzy razy zastanowić, co pisze. Po pierwsze dlatego, że wiemy już, na jakim poziomie sofistykacji są ich opowieści przestrzenno-czasowe, a po drugie dlatego, że wiemy, do czego doprowadził – właśnie na przykład w Australii - taki język deprecjonujący Innego. Język, jak już wiadomo, moralnie skompromitowany.

To kryterium„możliwości przeczytania, co się o nas pisze i zaprotestowania” jest zresztą bardzo ciekawy – to jest pytanie o to, jak układa się władza nad sferą publicznego dyskursu, kto ma do niej dostęp, a kto jest z niej wyłączony... Nota bene, nawet jeśli wrócilibyśmy do hierarchizacji, i uznali, że istnieją na świecie jakieś „prymitywne plemiona”, Dogoni, bo o nich mowa w przypadku Althamera, na pewno do nich nie należą – inaczej z definicji każda grupa etniczna w Afryce byłaby w istocie „prymitywnym plemieniem”. Każdy bankowiec z Dakaru, nauczyciel z Nairobi, czy krawcowa z kameruńskiej prowincji byłaby wtedy członkiem jakiegoś „prymitywnego plemienia”.

Dogoni uczestniczą w życiu miejskim, mają pisarzy, ministrów, lekarzy (nawet jednego znam). Miałam przyjaciółkę Dogonkę, z którą mieszkałam dwa miesiące w jednym domu w Bamako, nazywała się Fatim Guindo i była pielęgniarką. Byłam też w rozmaitych dogońskich wsiach, i przysięgam, że nic „prymitywnego” nie widziałam, chyba, że mowa o biedzie, która owszem, w porównaniu z życiem w Europie, jest znaczna. Tutaj kolejny pies pogrzebany – w Polsce ten język się utrzymuje bardziej niż gdzie indziej, może dlatego, że ludzie nie mają kontaktów przyjacielskich i zawodowych, które pozwalają im zrozumieć nieadekwatność i niesympatyczność używanego przez nich języka. A jeśli jakichś Afrykanów czy Aborygenów czy kogoś tam znają, to być może uznają ich za wyjątek, albo niechcąco w głębi duszy nie przestają patrzeć na nich z góry, w europocentryczny, egzotyzujący sposób. Zamiast patrzec na nich jak na normalnych ludzi.

Proponuję zatem co innego: „grupę etniczną” (każdy z nas jest członkiem takiej czy innej), albo od biedy, w trochę innym polu semantycznym, „mniejszość”. Podejrzewam, że „prymitywne plemię” w ustach Szabłowskiego to coś, co można by ująć chyba po prostu jako „grupa etniczna przywiązana do swojej tradycji” albo „żyjąca na sposób tradycyjny”, albo „pielęgnująca swoją kulturę”...

Już na marginesie:

  3. Wątek kosmiczny – Dogoni nie uważali się nigdy za przybyłych z kosmosu. Europejska antropologia jest zafascynowana faktem, że posiadają dobrą znajomość nocnego nieba i wiedzą o budowie niektórych gwiazd rzeczy, które są widoczne tylko przez teleskop. Na tej podstawie różni autorzy (jak Daniken) wymyślili, że musieli im to powiedzieć  kosmici. Kosmici to jednak fantazmat rodem z naszej bajki, nie ich, i jeśli świadczy o czyjejś wybujałej fantazji, to naszej. Sprawa nie jest wyjaśniona, bo też nikt na prawdę nie wie, co Dogoni naprawdę wiedzą, a czego nie wiedzą, ale  wytłumaczenie bardziej prawdopodobne, to że być może przed kilkoma wiekami mieli kontakt z jakimś europejskim uczonym.

 Nie wierzę, by Althamer sądzil po swojej podrozy, ze Dogoni uwazają się za przybyłych z kosmosu.

 Mit Dogonów to zresztą ciekawy fenomen. Istotnie, Dogoni posiadają kulturę, która jest bardzo interesująca dla antropologów Zachodu, i są do niej stosunkowo bardziej przywiązani, niż ich różni sąsiedzi. Marcel Griaule, który ja badał w latach 30, sam jednak ją niejako zmitologizował, otaczając nimbem wyjątkowości. Wielu rzeczy, które pisał o Dogonach, nie potwierdziły jednak późniejsze badania. Możliwe, że był to po prostu owoc wyobraźni jego informatora, którego opowieści zaliczyć by trzeba wtedy było do literatury, a nie do etnologicznego swiadectwa. Możliwe też, ża sam wiele rzeczy upiększał. Tak czy owak, między innymi dzięki pismom Griaule’a (ale też bardzo efektownej architekturze) Dogoni otoczeni są w oczach Zachodu (i mas zachodnich turystów!) specjalną aurą.

Większość ludzi, która podróżuje w tamte rejony (nie mówię tu o Althamerze!) żywi się właśnie tą aurą. Żywy kontakt z kulturą dogońską jest udziałem bardzo nielicznych z nich, z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę. Po pierwsze, Dogoni nie otwierają się na obcych chętnie, dzięki czemu zresztą własnie zachowali wiele tradycji. Po drugie, jak wiele innych mniejszości na świecie, które stały się obiektem „konsumpcji” turystów,  stworzyli w dużej mierze fasadę zastępczą na ich użytek, która pozwala im jednocześnie zaspokoić potrzeby turystów, nie dopuszczając ich do bardziej intymnej sfery...

4. O podróży inicjacyjnej... jest w tym wyrażeniu pewna gra na podwójnym znaczeniu.

Jestem pewna, że Althamerowi udało się zejść ze ścieżek wydeptanych przez turystów, którzy odwiedzają wsie dogońskie, i nawiązać realny kontakt. Nie wątpię, że podróż Althamera była niezwykle ważna, pasjonująca, wzbogacająca, przełomowa. W tym metaforycznym sensie była na pewno dla niego podróżą inicjacyjną (nawet jeśli Althamer nie przeszedł inicjacji dogońskiej sensu stricte, czego nie wiem, ale co wydaje mi się mało prawdopodobne).

W zbitku z „prymitywnym plemieniem” określenie „podróż inicjacyjna” nabiera jednak jakby nieco tandetnego charakteru, jakby nie odzwierciedlało rzeczywistości, tylko było niesione rozpędem przez język, i było automatycznym skojarzeniem, które wynika z europejskich fantazmatów, i te fantazmaty utwierdza. Nie czuję tu przemyślenia sprawy, czuję wpływ „Tintin au Congo”...

Swoja droga, ciekawa jestem, jakim jezykiem mowi o tym sam Althamer...

 

Tak, to prawda - język nami mówi, często bezmyślnie. Olga napisała nie tyle maila, co tekst (piękny i namiętny), wart zacytowania. I przemyślenia!

 

wtorek, 07 lipca 2009, agata_araszkiewicz

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/07/12 17:16:50
Brawo O.S.!
-
2009/07/12 17:19:13
Brawo O.S.!