Blog > Komentarze do wpisu
Noc, której nie było - gablotka w Saturatorze...

 W ostatnią sobotę w warszawskim klubie Saturator odbyła się ta noc, której nie było...:)...

"Sexy Life", sosnowa gablotka, złocona, aksamit, parasolka Burberry, kamelie Chanel, szampany POP, szpilka z czekolady Louis Vuitton-Wittamer

Dlaczego? Wszystko jest dziwne i proste, jak to podczas magicznych nocy bywa - po prostu kiedyś, kiedyś dawno temu (no może trochę przesadzam...) zostawiłam u mego dobrego kumpla Mikołaja parasolkę... Nie zdołałam jej odzyskać przed odlotem. Parasolka stała się tematem rozmów i naszych żartów, gdyż jako stała, honorowa bywalczyni Saturatora (a zawsze, gdy jestem w Polsce) często umawiam się tam z przyjaciółmi. Zdarza się, że się spóźniam (wiem, że "oj, niedobrze"....:)...). Mikołaj i Marcin, współ-właściciele klubu, w którym spędzilismy parę upojnych lipcowych nocy, zaśmiewali się do łez, żartując: "Agaty nie ma, ale jest parasolka ...". Żarty krążyły między nami na telefonicznych drutach, smsowych łączach, skajpowych czatach... Od słowa do słowa parasolka stała się przyjacielską relikiwą, której jedyne miejsce jest w ... gablotce... Ten pomysł rozśmieszył mnie do łez, podobnie krokodylich (i w pozytywnym sensie!) chyba, jak sądzę jak i jego autorów (och! rozmowy saturatorowe!!!...)...(no i ciągle było mi trochę wstyd, że się spóźniam...). Słowo "gablotka" brzmiało tak nieprawdopodobnie, absurdalnie i surrealistycznie, że aż mój śmiech zamierał - wszak nie jestem jeszcze Karolem Świerczewskim?! (przynajmniej wiekowo jeszcze mi daleko, czy nie?...) - a potem wracał ze zdwojoną mocą... Czy gablotka będzie tym jednym z wielu ulotnych przedmiotów z tematów rozmów, o których ze śmiechem pamięta się latami, nie pamiętając kto dokładnie stoi za ich szaleństwem, owych nierealnych, niespełnialnych obiektów, które powstają podczas nocnych dyskusji, poobiednich drzemek, alkoholowych imprez, marzeń sennych, które żyją w rozmowach często realniej i mocniej niż przyjacielska czy miłosna więź ale i umierają wraz z końcem słów?... Tak też było by cudownie...

bar Stauratora, na którym napewno są na stałe moje odciski...

Pamiętam, gdy we wrześniu dostałam smsa, że gablotka "wróciła od stolarza" (byłam wtedy w Paryżu u Olgi Stanisławskiej) serce mi zamarło, a potem piliśmy koniak... Tak, tak, popieramy tę szaloną ideę w całej pełni...  

Mikołaj Starowieyski i Marcin Brzózka

mural Karola Radziszewskiego

Paweł, Karol i Natalka

Byłam w Polsce wiele dni, ale ciągle nie udawało mi się jej zobaczyć, jak to w życiu - ciągle coś stawało na przeszkodzie. Sen i zmora. Gablotka - fatum, gablotka - fetysz, gablotka - niespodzianka... Widzę ją nareszcie i boję się, że do niej nie pasuję... Choć niby całkowicie przylegam...

Adam Adach i Ania Baumgart

Marcin tuż przed inauguracją

 

pośród tłumu widać Agnieszkę Taborską (tyłem) i naprzeciw niej Marcina Giżyckiego

Gablotka nie jest dziełem artystycznym, jest bardziej dziełem historycznym: w sensie historii osobistej - jest materialnym efektem spotkania, śladem obecności, pamiątką chwili, być może tej na zawsze utraconej, której już nigdy nie odzyskamy... Jest przyjacielskim oswojeniem przestrzeni, dowodem, że było się tu, gdzie być może nigdy już się nie będzie, lub gdzie zawsze będzie się już inaczej... Gablotka jest dziełem przypadku jak żart (jest żartem towarzyskim!), jest odpadkiem chwili jak znalezione gdzieś materiały, z których została wykonana, jest przesadną spontaniczną reakcją na zabawę jak jej spontaniczne, przesadzone wnętrze. Jej przypadkowość jest naturalna, konieczna i cudowna. Podobnie jak jej możliwa kakofonia, grafomania czy kamp (dlaczego uczucia tak często łączą się z kampem i z kiczem?). To w sumie ingerencja w coś tak niematerialnego jak przyjaźń czy jak tęsknota, w czym obie strony zgadzają się wziąć udział, nie zgadzając się do końca. Wchodząc sobie w słowo, wchodząc sobie w paradę, przekrzykując się i walcząc... Podobnie jak przyjaźni jej autorstwo jest rozmyte, niesprawdzalne, granice narysowane są cienką kreską. To jakaś figura spotkania, niezależnie dokąd ono prowadzi, figura wyjścia sobie na przeciw... Gablotka jest po stronie "TAK". Dla mnie ważne "tak", skoro jestem tak daleko...:) Ta gablotka to nie dzieło sztuki, to bardziej dzieło sztuki życia i sztuki spotkania.

 

 

prace instalacyjne w wykonaniu Mikołaja przy silnym wsparciu Hydrozagadki...

Nie udało mi się tego wszystkiego powiedzieć podczas jej inauguracji, nie mogłam przecież mówić godzinę, dlatego piszę to teraz. Wspomniałam tylko, że Nietsche nie rozstawał się nigdy ze swym parasolem i Mary Poppins miała swoją parasolkę, a ja od paru latu miałam dwie identyczne parasolki. Gdy gubiłam gdzieś jedną, znajdowałam drugą i tak to szło. Nie wiedziałam jeszcze, że mam je dwie identyczne po coś jeszcze...:). No i proszę co może stać się, gdy zostawicie gdzieś parasolkę...(lepiej nie trzymajcie jej za blisko przy sobie!...;)...). Ustaliliśmy także, że w owej - gablotce mi poświęconej (upss!) - na stałe zostanie tylko parasolka - jej dekoracja będzie ulegać zmianie podczas moich kolejnych warszawskich pobytów (zdarzają się 2, 3 razy do roku)... 

dziewicza gablotka (i moja "druga" parasolka obok...)...

i w wersji "Sexy Life"

inauguracyjne przemowy

nie obyło się bez Nieznalskiej!...spontaniczny performens Marcina Brzózki alias Pawła, który mi do złudzenia przypomina kobietę na krzyżu (rozłożone ramiona!...) 

 

przy akompaniamencie werbli Sebastiana i Tomka!...

 

odbyło się uroczyste odsłonięcie gablotki 

 

nie, nie jestem Einsteinem, wiem, to żart...

ekipa Lokalu 30: Michał i Eleonora wraz z Olą

Sylwia i Kamil

W tej edycji gablotka ma za hasło przewodnie "Sexy Life". Sama wykonana jest z drewna sosnowego i ma złocone brzegi, wyłożona jest granatowno-czarnym aksamitem. Wewnątrz znajduje się pozostawiona (na stałe!) parasolka w kratkę oraz białe kamelie Chanel, złota i różowa butelka po moim ulubionym szampanie POP, a także bucik z czekolady - replika szpilki Louis Vuitton w charakterystyczną szachownicę wykonana przez brukselskiego mistrza czekolady Wittamera...Dolce Vita? Co zrobić? Tytuł wziął się nie tylko z okazji festiwalu Wola Art - w tym roku pod hasłem "Szczęście" - w którym wzięłam udział na zaproszenie Sarmena Beglariana wykonując notes pod tytułem "Szczęście jest sexy" ( o tym w następnym poście...)...Także pod wpływem dyskusji, jaką odbyłam z przyjaciółmi w Dzień Niepodległości - 11 listopada w restauracji "Tradycja" - zastnawialiśmy się co jest, a co nie jest sexy... Czy polska klasa średnia jest sexy? A serial "Klan"? a spacer po parku? a upicie się? ciuchy? myślenie? itd. Wyszło nam, że "sexy" to przede wszystkim rodzaj stylu, w którym nie chodzi o władzę, a o przyjemność, lub o władzę przyjemności, o teatralizację i przyjemność spektaklu, o świadomość formy, rodzaj przemieszczenia. Sexy to bardziej bąbelek w szampanie i obietnica, a nie jej spełnienie, to pragnienie pragnienia, nie realizacja. Podczas gdy seks jest po stronie władzy, rany, śmierci i wojny, sexy to czasy pokoju, leniuchowania, żartów i zabawy, niedoskonałości... No właśnie, let's sexy!!!   

Sexy to dekadencja w kryzysie, ze świadomością kruchości, to niepełna odpowiedź, śmieszna i niepoważna na srogi los i trudne pytania, ale sexy to także chwila kiedy jest miło, uśmiech i siła przetrwania...Rodzaj wyzwania, jakim jest dobrze wypić kieliszek szampana przed pójściem na wojnę. No właśnie wojna i los kobiecy... Patrząc na gablotkę nie mogę przestać myśleć o wierszu Rilkego, który za mną chodzi....: 

Rainer Maria Rilke

Los kobiecy

Jak pierwszą lepszą król na polowaniu,
żeby się napić, szklankę ręką chwyta,
co potem wbrew własnemu powołaniu
u właściciela stoi gdzieś ukryta

nierzeczywista: równie los spragniony
do ust podniesie jedną z Nich i pije,
a życie później, co jej nie rozbije,
bo zbyt lękliwe, szuka jej osłony,

za szkłem w gablotce więc bezużytecznie
pomiędzy rzeczy co cenniejsze wkłada
(lub to, w czym oczy cenną rzecz dostrzega).

Jak pożyczona stoi tam bezpiecznie,
skromnie starzeje się i z barw opada,
i nie ma w sobie nic nadzwyczajnego.

1907
 

 

No i jest sobie taka gablotka, mieszająca luksus i trash (w końcu od dawna już uwielbiam Saturator i Saint Tropez!...), poezję i punk, kakofonię przyjaźni i dziewczyński sekret, trochę trumienka i trochę nadzieja...zawieszona gdzieś pomiędzy, gdzie przecierają się wszelkie szlaki, dla tych, co chcą, widzą, umieją i mogą się spotkać...:)

Dziękuję: Anecie, Marcinowi, Mikołajowi, Tomkowi, a także Sebastianowi...I Love You!!!

Noc, której nie było, 15 listopad, Saturator, ul.11 Listopada 22, Warszawa 

 

środa, 19 listopada 2008, agata_araszkiewicz

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: